artykuł, komentarz

Co z tym MCU?

Kilka miesięcy temu napisałam esej na zaliczenie pewnych zajęć. Nosił tytuł Uniwersum Marvela jako fenomen tworzenia wspólnoty. Napisałam w nim wtedy, że Endgame jest tuż za Avatarem, który był wtedy najbogatszym filmem wszech czasów, w skrócie mówiąc.

Aktualnie sytuacja się zmieniła i ostatni film Avengers zwyciężył, zarobiwszy kilka tysięcy dolarów więcej od Avatara (kilkadziesiąt tysięcy więcej, ale to szczegóły). Z kolei, jak teraz patrzę, Spider-man: Far from home plasuje się na 26. miejscu, co i tak uważam, za sukces. (Dla ciekawskich dane pochodzą z Box Office Mojo.)

Nie chodzi mi dalej o porównanie Endgame do Spider-mana, jedynie chcę zwrócić uwagę na ogromny sukces MCU, z którego cieszą się wszyscy fani. Bardziej chcę zauważyć, że ten fenomen wspólnoty, jaki otacza filmy Marvela, zapiera dech w piersiach.

Jestem wkurzona, że Sony wykopało Spider-mana, bo im się cyferki nie zgadzały. Widzę nawet, że każdy jest przez to wkurzony. I jeżeli miałabym teraz napisać esej od początku, na pewno napisałabym, że właśnie takie momenty pokazują, jak fani walczą o to, w co wierzą i o to, co kochają na podstawie komentarzy, tysięcy tweetów i postów, które piszą na swoich stronach. A Spider-man musi wrócić do MCU, bo wkurzeni fani zrobią z Sonym to, co Thor z Thanosem na początku Endgame.

Podobają mi się pomysły, w których Spider-mana zastąpi Night Monkey. Szalone, ale daje nadzieję. To chyba ona umiera ostatnia?

Poza tym zawsze można trafić na petycję i zabić 5 sekund czasu.

 

Reklamy
artykuł, komentarz

Kot zjadł mi pracę domową

Nie zapisałam myśli z ostatniego weekendu, a do dziś wiele się zmieniło i wydarzyło. Ostatnio przyglądam się wiadomościom, newsom częściej niż dawniej. Kolejna afera, kolejna parada, kolejna śmierć.

Włączyłam po długim czasie rozłąki One More Light i koncepcja zmieniła mi się kompletnie. Wszelkie rzeczowe informacje powinny być nagłaśniane, ale skończmy z utrudnianiem sobie życia. Temat już przewałkowany, jednak jeśli ktoś ma problem z łóżkami innych ludzi, to niech zastanowi się, jaki tak naprawdę ma problem ze sobą.

A wracając do One More Light, to odkrywam tę płytę na nowo i przypominam sobie, dlaczego 20 lat temu pokochałam Linkin Park. Wiem, że jest to zupełnie inny rodzaj muzyki niż ta na pierwszej płycie, ale szanuję kompilację stylów i strasznie żałuję, że nie byłam na ich koncercie, kiedy ostatnio byli w Polsce.

Rzeczywistość

W ostatnim tygodniu, choć wróciłam do rzeczywistości, trochę się odmieniło. Zajmuję się nowymi rzeczami, znowu jestem pracoholiczką i myślę sobie, że może dostrzegę sens w tym, co robię. Może w końcu otrzymam też 500+ na kota, który mimo że w ludzkich latach jest już pełnoletni, to do najdalszych lat życia będzie potrzebował wsparcia innych, a przynajmniej jedzonka z puszki i przytulasów o 5 rano.

Rzeczywistość zresztą okazuje się nie taka okrutna, a przynajmniej do czasu, aż nie dowiemy, kto wśród nas (napisało mi się „mas” – może słusznie) jest Reptilianinem. Można na pewno wnioskować, kto potrzebuje 5 zł na olej z Biedronki, żeby zacząć wreszcie myśleć.

Ku czemu zmierzam?

Jest to pytanie na teraz, nie na przyszłość. Bo za cholerę nie wiem, co chcę osiągnąć przez ten wpis. Tak sobie popisać tylko. Chyba wulkan przemyśleń wreszcie się uaktywnił.Czuję, że przytłacza mnie to kopanie leżącego i niechęć do ludzi, kiedy jedyne, co nas różni na pierwszy rzut oka to kolor skóry, włosów i styl ubioru, bo nawet w oczy nie potrafimy sobie z szacunkiem popatrzeć. A szacunek należy się każdemu, kto postanawia ułożyć sobie życie na tym porąbanym świecie.

Ze wszystkim spóźniam się o parę chwil, ale to raczej kwestia obserwacji.

artykuł

Haust

Te chmury wyglądają, jakby zawisły w trójwymiarze. Jakby nie były prawdziwe, tylko zrobione komputerowo, a ja jakbym patrzyła na nie przez te śmieszne okulary. Światło przebijało się przez nie, jakby chciało na siłę dotknąć Ziemi, jakby wszechświat nie mógł go powstrzymać, bo było takie pewne siebie.

Droga mijana z wysokości wygląda zupełnie inaczej niż taka z poziomu nóg lub samochodu. Jest już nieco oddalona. Rzecz jasna nie aż tak jak podczas lotu samolotem, ale i tak czuję lekką wyższość nad wszystkim poniżej mojego siedzenia. Może to półtora metra. Odległość jest mi w sumie obca.

Miałam czytać książkę, oglądać serial, ale opisuję to, co mijam i myślę sobie, że cieszę się, że nie wybrałam pociągu. W nim nigdy nic nie widzę. Tutaj wszystko ma więcej barw i jest jakby w jakości 1080.

Minęłam chmarę ptaków. Wyglądały, jakby miały ważne zgromadzenie, może walne. Może to tylko zjazd klasowy. Raczej się nie dowiem. Ale wszystkie wyglądały dostojnie, jakby chciały pokazać się z jak najlepszej strony.

W końcu przysypiam na trochę. Zaledwie pół godziny. Mam poczucie, że dzisiaj nic nie dzieje się bez przyczyny. Dzisiaj wyjątkowo. Budzę się. Znikąd włącza mi się to, co miało już nigdy nie mieć miejsca. Taki dzień pełen wrażeń, zaginający czasoprzestrzeń o 18. Może to czas na wzruszenie.

O 20.30 niebo wygląda już jak obraz olejny z użyciem tylko granatu i bieli. Choć w oddali niewielki różowy otwór w chmurach pokazuje albo ostatki zachodu Słońca, albo kosmitów sprawdzających żyzność gleby nad Wrocławiem. Jedno i drugie jest prawdopodobne.

Dwa dni później wracam do domu między ludźmi, którzy jadą prowadzić dalej jakieś swoje życie. Ja tak samo. Wiem, że jutro zbliża się, jak kolejna minuta.

Fascynują mnie lasy przy drodze. Drzewa stoją obok siebie niczym armia Aragorna, czekająca na zmierzenie się z siłami Mordoru. Nie wzruszone. Nie boją się ani wiatru, ani przejeżdżajacych wozów.

Czas zaczarowuje mnie na te minuty, kiedy jadę. Potem wszystko wróci do dawnego trybu. To jednak przerażające, jak często nie zatrzymuję się, żeby chociaż przez chwilę popatrzeć, podumać i olać codzienność. Chyba czasem chciałabym się znaleźć na Pacyfiku i mieć wszystko gdzieś. Znowu żałuję, że pisanie zanika we mnie na dłużej niż na krótki czas bez analizowania wszechświata.

Prywatne strawy ludzi to ich sprawy. Ale sprawa Ziemi to nasza rzeczywistość. Może metalowa słomka da chociaż sekundę oddechu rozgrzanemu Słońcu. Swoją drogą cold brew w Gnieździe trzeba spróbować.

artykuł

Kocie pisarstwo

Mam teorię. Pisarze wolą koty. Historia zna pisarzy, którzy otaczali się tymi indywidualistami. Ale pewnie wyobrażam sobie, że je woleli, bo było mnóstwo pisarzy i z pewnością nadal jest, którzy mają i wolą psy albo inne świetne zwierzaki. Ja jednak mam kota. I choć pisarką nazywać się nie powinnam, to pisaniem trochę się zajmuję. A chyba już każdy, czytający ten blog dobrze to wie.

Lucjan jest w domu od niedawna, ale zadomowił się już całkowicie i teraz wymyśla coraz to nowe wygłupy. Jest słodziutki i nawet jak drapie kanapę, to przytulałabym go w nieskończoność. W końcu łowy i używanie pazurów to jego kocie dziedzictwo.

Nie mogę się nad nim nie rozpływać, kiedy piszę coś na telefonie, a on tym swoim puchatym łebkiem uderza w obudowę. I potem rusza czarnym noskiem, niuchając coś w powietrzu. Na sam koniec uwala się (nie kładzie) na mnie całym sobą i mruczy jak porządny traktor najnowszej generacji. No cudo!

A jak piszę na komputerze, to musi popisać ze mną. Wtedy ma dużo do powiedzenia. Zazwyczaj jednak usadawia się wygodnie na klawiaturze i włącza najróżniejsze funkcje, o których nie miałam pojęcia. I gdy go wezmę na ręce, zsuwa się znowu do poziomu laptopa. Za każdym razem zapomina, że już próbował obudowy i że na pewno jej nie pogryzie. Ale musi spróbować.

Mały figlarz jest takim uroczym stworzeniem, jak go sobie wymarzyłam. Mógłby trochę mniej drapać i grzebać w moich kosmetykach, ale co tam, widać to wyzwolony kot – też chce się malować! Pierwszego dnia podwędził mi gąbkę do makijażu. Nikt jej już więcej nie widział.

Moje pisarstwo wyobrażam sobie z takim kotkiem psotnikiem na kolanach lub leżącego obok i miauczącego coś na temat mojej książki. Nie cenić go to grzech. Tak jak dzisiaj bardzo zaciekle ze mną dyskutował. Ale chyba nie doszliśmy do porozumienia, bo spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym: – kobieto, czy ty w ogóle czaisz, co ja miauczę?

Mam poczucie, że każdy pisarski koto fan spotyka się z tego rodzaju sytuacjami. Są dziwne, zabawne, ale czasem irytujące i wymagające stanowczości lub interwencji. Jednak niezależnie od tego, jakiego ma się zwierzaka, wiem, że warto go mieć, aby dzień nie był nudny i szary, a natchnienie przychodziło samo z każdym wydaniem głosu, ziewnięciem, podaniem łapy, et cetera.

artykuł

Czarne charaktery

Za równo w realnym życiu, jak i w książkach lub filmach oprócz głównego bohatera jest czarny charakter. Jak przystało na przeciwnika dobra uprzykrza on życie i próbuje pokrzyżować plany głownej postaci i wszystkich, którzy stoją po jej stronie. Mam tutaj na myśli antagonistę, który może ukazywać się pod różnymi postaciami i w skrócie być jak wrzód na tyłku.

Ile jest typów antagonistów, trudno stwierdzić, choć mówi się, że zaledwie cztery. Doszukałam się strony, która je wymienia. Jednak chyba czegoś mi brakuje pośród ich opisów. Mniejsza z tym. Zastanawiałam się bowiem, jakich antagonistów mogę wyróżnić w mojej książce. Ilu ich jest? Czym się różnią? Tak, to bedzie temat tego niezobowiązujacego tekstu. Choć może najpierw chwila teorii.

4 typy

Mamy więc system, który stoi na przeciwko naszego… bohatera (powiedzny Julia*). Jest to zło wynikające z przekonań, kierujace się dobrem społeczności, nie znające indywidualizmu i ustanawiające swoje własne reguły, z którymi, nie trudno się domyślić, CGI musi walczyć.

Dalej jest czyste zło, które niezależne od wszystkiego podąża swoją ścieżką, swoimi ideałami i za wszelką cenę chce zdobyć panowanie i zwyciężyć batalię, choćby miał być ostatnią osobą we wszechświecie.

Szary antagonista to taka sprowadzona na złą ścieżkę postać, która nie do końca staje na przeciw Julia, ale z pewnych wzglądów nie potrafi odseparować siebie od tych, którzy wkładają mu do głowy swoje ideały. Jest zwodzona albo i sterowana przez innych. Jednak gdy się ocknie, okazuje się postacią zagubioną i wcale nie chcącą niszczyć.

Na końcu widnieje wewnętrzne zło, które targa Juliem. Są to burzące się wewnątrz bohatera przekonania, cechy charakteru lub jego drugie ja, które próbuje przejąć władzę nad ciałem lub umysłem.

Boże Kłamstwa

Jak się zastanowię nad moimi czarnymi charakterami, to mogę powiedzieć, że wszystkie typy są obecne.

Główny bohater nie ogranicza się do jednej osoby. U mnie jest to grupa, która należy do jednej wspólnoty, że tak to nazwę. Przeciwko nim staje „opozycja”, która ma swoje zasady i która chce przejąć władzę.

Nie wszyscy jednak są czarni lub biali ani w jednym, ani w drugim obozie. Jednostki również walczą między sobą, mają różne interesy, głównie związane z ich historią, która odbiła na nich piętno. Ci po dobrej stronie mogą być trochę źli, a ci po złej trochę dobrzy. Tu następuje wewnętrzny konflikt, szczególnie że moi bohaterowie, będąc po danej stronie, powinni być całkowicie jednobarwni. Jednak nie każdy z nich czuje bezgraniczną przynależność do swojej społeczności. Niejednokrotnie zdarza się, że bohaterowie odnajdują w sobie sprzeczne emocje, z którymi walczą lub którym się poddają.

Wielu z nich jest również bardziej szara. Przejęli zasady poprzez wychowanie lub wpływ innych, silniejszych. Po dojrzeniu drugiej strony medalu, zaczyna zastanawiać się nad swoimi poczynaniami i być może zmienia je.

Prawdziwych czarnych charakterów jest trzech, o ile o nikim nie zapomniałam. Główny zły i jego dwaj poplecznicy, którzy również są przesiąknięci chęcią mordu i nie zamierzają tego zmienić. Po prostu im się to podoba. Daje im to siłę i napędza. Są nakierowani na śmierć.

Od zera do bycia złym

Sama zadaję sobie pytanie, po co aż tyle złych postaci i tyle zmian frontów, i tyle różnic w charakterach? Czy ja się w tym nie gubię? Czy nie łatwiej stworzyć jednego porządnego złoczyńcę? A czy wtedy byłoby ciekawie? Czy ten tekst miałby sens, gdybym miała opowiedzieć tylko o jednym czarnym charakterze? Czy cała książka pokazywałaby coś więcej niż tylko starcie dobrego ze złym? No pewnie nie.

Wiele postaci, wiele zmian, wiele przeistoczeń jest po to, aby lepiej mi się pisało i żeby potem komuś lepiej się czytało. Sama jak czytam, co napisałam, wkręcam się w opowieść jak zwykły czytelnik, jestem zafascynowana i chcę więcej, więc chyba nie ma potrzeby tego zmieniać.

* Julio (Hulio) – nazwałam tak przykładowego bohatera, żeby było szybciej

artykuł, książka, pisarstwo

Od początku mojego pisarstwa

Nie znam za dużo historii, jak i od kiedy piszą znani i lubiani pisarze. Ale nie o nich mowa. Zastanowiłam się nad tym, jak dawno temu sama zaczęłam pisać i nie pamiętam dokładnie, ale było to we wczesnym dzieciństwie.

Mogłam być w przedszkolu, kiedy brałam tonę zabawek ze sobą i tworzyłam ich historie pod stołem w salonie. To pewnie był jakiś początek…

Potem pamiętam jak rysowałam… coś na wzór komiksów. Ale nigdy nie miałam wybitnego talentu do rysowania. Pewnie dlatego porzuciłam pomysł rysowanych opowieści. Nawet jeśli rysowanie wychodziło mi lepiej niż większości dzieci w moim wieku.

Z czytaniem szło mi bardzo trudno. Siadałam pod okiem mamy i czytałam. To była katorga. W końcu pod wpływem innych już dobrze i chętnie czytających, sama zaczęłam chwytać za książki. Pewnie pierwszymi poważnymi była seria Pottera. Choć przypomina mi się, jak byłam w sklepie z rodzicami i chcieli mi kupić Kamień filozoficzny, a ja powiedziałam „Nie!”. Zabawne, bo rok później wszyscy szaleli na jego punkcie. I ja również z zapałem czytałam nowe wydane tomy.

Parę lat później czymś niezwykle ciekawym okazała się muzyka. Zaczęły docierać do mnie gitary i perkusje, więc jedyne, co zostało to słuchanie porządnego rocka. Sama nie zaczęłam grać na żadnym instrumencie, no może trochę na gitarze, choć zawsze wolałam bębny. Dla mnie jednak ciekawsze było pisanie własnych tekstów piosenek. To był wiek wielkich przemian fizycznych i psychicznych w moim ciele, i szczególnie zaczynałam opisywać swoje emocje.

Po jakimś czasie popularne stały się fora internetowe. Wtedy już prawie byłam wyjadaczką wśród piszących internautów. Forum, do którego należałam zajmowało się właśnie pisaniem. Wrzucaliśmy na nie nasze opowiadania, ale i wiersze.

Wiersze były na pewno szybsze, więc trochę lepiej się je pisało. Teraz już rzadko piszę utwory liryczne, co nie znaczy, że w ogóle. Raz na jakiś czas w przypływie wylewności napiszę kilka kleistych się zwrotek, które mają jakikolwiek sens. Ale wtedy to były jedne z głównych utworów, jakie pisałam obok opowiadań.

Na forach nie tylko wstawialiśmy swoje teksty, ale również je ocenialiśmy. Zażarcie mówiło się wtedy o konstruktywnej krytyce. Niektórzy byli tak zwaną betą – czyli osobą, która czytała takst pod różnym kontem i opierając się na przykładach, opisywała swoje spotrzeżenia, również od językowej strony. Ja uwielbiałam to robić. To był ten czas, kiedy byłam bardzo zafascynowana językiem polskim, to znaczy był to początek mojej przygody.

To musiał być okres gimnazjum. Wtedy oprócz forów były jeszcze blogi, znacznie popularniejsze niż teraz. Portali, na których zakładało się blogi, było w sumie niewiele, ale samych blogów było na pęczki. W moim gronie najpopularniejsze były typu fanfiction, głównie o tematyce potterowskiej. Sama założyłam Myślodsiewnię Severusa Snape’a. Jak teraz ją wspominam, pamiętam, że miałam wielu czytelników i, nie chwaląc się, pisałam o czymś innym niż większość. Byłam z niej naprawdę dumna. Nie wiem, kiedy to wszystko się zmieniło i skończyło.

W czasie liceum chyba rzadziej pisałam. Było dużo nauki i wszytko zaczęło być poważniejsze. Ale na pewno w którymś momencie przeczytałam „Portret Doriana Greya” i to był początek mojej inspiracji. Postanowiłam, że napiszę książkę. Napisałam trzy rozdziały i gdzieś pomysł przepadł, choć potem jeszcze wracałam do tego utworu. Mam go nadal na pendrive’ie i myślę, że kiedyś do niego zajrzę.

A propos powrotów, na studiach znowu pisałam teksty piosenek i nie pamiętam, w którym momencie wróciłam do Myślodsiewni. Reaktywowałam ją. W sumie założyłam nowego bloga i przerabiając stare rozdziały, od nowa prowadziłam tamtą opowieść. Szybko jednak zdałam sobie sprawę z tego, że stare czasy nie wrócą, a popyt na fanfiki zwyczajnie umarł.

W międzyczasie parałam się okazjonalną edytorką, byłam na stażu korektorskim i pomagałam paru osobom przy ich tekstach – różnego rodzaju.

W końcu jednak przyszedł czas na ten najpoważniejszy utwór. Jako fanka fantastyki nie mogłam sobie odpuścić. Pod wpływem różnych książek i filmów zaczęłam pisać Boże Kłamstwa. To trwało chyba 2. i 3. rok studiów, kiedy od początku do końca napisałam pierwszą wersję pierwszego tomu. I trochę na tym przystanęłam. Oczywiście rozpoczęłam również ten blog, co pomogło mi w jakimś stopniu kontynuować pracę, ale też nie za długo.

Po ostatnim wpisie z 2016 roku próbowałam czasem coś poprawić i napisać np. recenzje (mam kilka zapisanych szkiców), ale aż do teraz nic z tego poważnego nie wyszło. Może to naprawdę będzie drugi początek mojego pisarskiego życia. Jak spojrzałam tak wstecz, przykro byłoby zostawić taką barwną historię za sobą bez kontynuacji.

P.S. Zawsze, jak do tej pory obrazki biorę z Internetu, głównie z Pinteresta.

artykuł, pisarstwo

Pisanie każdego dnia

„Pisanie każdego dnia” – tak miało być. Jak założyłam bloga, pisałam codziennie: w domu, na uczelni, na przystanku autobusowym, w metrze, na kawie, przy obiedzie, przed snem, po obudzeniu się. I gdzie to przepadło?

Miałam wtedy dużo weny, dużo natchnienia i chęci do klepania w klawiaturę lub używania długopisu na jednym z tysiąca zeszytów, które miałam w domu. Teraz od dobrego roku nie napisałam ani zdania opowiadania lub książki. Naprawdę jest mi przykro. Bardzo się opuściłam. Wczoraj pisałam o tym, że zapomniałam, jak ważne to dla mnie było, ile radości mi to sprawiało. Teraz nie mam weny, ale…

Przeczytałam właśnie artykuł Dzień z życia pisarza na stronie lekturabowiązkowa.pl. Miło się go czytało. Był konkretny i prosty w odbiorze i bardzo mnie wciągnął. Nie weryfikuję w nim prawdy, bo ma on dla mnie głębszy sens. Artykuł został opublikowany półtora roku temu i gdybym wtedy go przeczytała, to pewnie dzisiaj nie byłabym na siebie taka zła, że odrzuciłam pisanie na długi czas. Cytuję:

Lew Tołstoj uważał, że prawdziwy pisarz pisze codziennie. Nawet, jeżeli nie masz pomysłu na tekst powinieneś pisać, bo inaczej wypadniesz z rytmu. I choć można się z Tołstojem nie zgadzać, to z doświadczenia wiem, że nie sztuką jest pisać, kiedy wszystko układa się zgodnie z planem. Jesteśmy szczęśliwi, wypoczęci, mamy pomysł. Sztuką jest pisać, gdy cały świat próbuje zrobić wszystko, abyśmy nie napisali nawet jednego słowa. Zresztą z podobnego założenia wychodzi Stephen King, który również stara się pisać codziennie. Pisarzem bowiem się jest ciągle, a nie bywa, gdy w końcu odwiedzi nas natchnienie.

Tutaj popełniłam błąd. Nie powinnam była przerywać pisania. Nawet jeśli zajęłam się innymi ważnymi rzeczami, to powinnam poświęcać parę minut na napisanie czegokolwiek. Dzięki temu teraz pewnie wreszcie byłabym zadowolona z książki. A tak to stanęłam w martwym punkcie.

Hilarious – tak bym to określiła. Co w sumie jest przykre. I wcale nie polepsza sytuacji. Jednak czuję się nieco mądrzejsza. I może to sprawi, że znowu zacznę nazywać siebie pisarką, chociaż odrobinę.