PROLOGUE

Postanowiłam podzielić się z szeroką publicznością prologiem do książki. Czy to dobry wybór? Mam nadzieję. Przede wszystkim zależy mi na informacjach zwrotnych, konstruktywnych, a tym samym nieocenionych, bo każdy potrafi napisać: „Ale głupota! Cały ten prolog jest do d***” lub „O, jej, jakie to cute, miód i orzeszki.”

————————————

– Prawo powiada, że za zamordowanie człowieka grozi kara pozbawienia wolności – powiedział Harry, wychodząc z kamienicy, w której prowadził biuro rachunkowe.
– Dekalog powiada: „Nie zabijaj” – odrzekł mu wysoki blondyn.
– Ale masz dowcip, Marel! – Harry poprawił chabrowy krawat. – Wiem, że prawo ludzkie opiera się na prawie bożym, ale też bez przesady. Gdyby jego słowo było najważniejsze, każdy kryminalista, morderca, złodziej czy cudzołożnik zostałby ukarany.
– Jest po śmierci.
– Wierzysz w Sąd Boży? W Niebo i Piekło? W anioły i demony?
– Nie, to brednie! Nie ma Sądu. Nie ma Nieba. Nie ma Piekła. Ani aniołów, ani demonów.
– Acha… To co jest, znawco?
– Śmierć i reinkarnacja.

* * *

Mężczyźni rozeszli się po przejściu dwustu metrów. Harry skręcił w prawo w wąską uliczkę, prowadzącą do głównej ulicy w stronę Wschodniej Dzielnicy. Marel natomiast poszedł prosto w stronę Zachodniej. Przechodząc przez Północną część, w której pracował od czterech lat, zawsze zastanawiał się, skąd przybywają mijający go ludzie. Wnioskował, że z prac, ale jakich? Z jakich Dzielnic? Z jakich miast? Wszystko stanowiło pytajniki. Jak Sąd Boży dla Harry’ego.
Dzielnica Północna nie była zbyt wygodna. Ale była tania. Stąd utrzymanie biura kosztowało Harry’ego dwa razy mniej niż utrzymanie go w pozostałych Dzielnicach. Większość mieszkających tu ludzi piło, ćpało, uprawiało hazard i prostytucję, standardy więc również nie były wysokie. Biuro Harry’ego jednak było zadbane. I ze względu na swoją cenę rozchwytywane. Klienci zdawali sobie sprawę z tego, że to nie niski standard usług, a koszty utrzymania biura, wpływały na cennik firmy. Zarówno Harry, jak i Marel znakomicie znali się na swojej robocie. Obaj skończyli studia ekonomii i rachunkowości. Marel również studiował prawo, jednak zrezygnował po trzech latach. Nie wspominał o tym za często. Zwykle po prostu nikogo nie obchodził jego życiorys. Zarabiał odpowiednio, aby bez problemu spłacać kredyt na mieszkanie, mieć na czynsz oraz własne, dziecinne wydatki.
Harry złapał taksówkę, kiedy Marel powoli zbliżał się do przekroczenia granic Północnej i Zachodniej dzielnicy. Mieszkał tam od roku ze swoją narzeczoną, Maxime. Dobrze się dogadywali. Ona czasem była apodyktyczna, a on wcale nie uległy, jednak kochali się i naprawdę chcieli  niedługo wziąć ze sobą ślub.
Maxime często denerwowała się na Marela, a dokładniej na jego lekkomyślność. Nie rozumiała, dlaczego mężczyzna przemierza Północną Dzielnicę na piechotę, zamiast wezwać taksówkę lub wreszcie kupić samochód. Gdyby Marel odkładał część swojej pensji, zamiast wydawać ją na mało istotne rzeczy, już dawno miałby spłaconego mercedesa lub BMW.
Marel jednak wzruszał ramionami. Jak twierdził, był dziwny. Wolał spacerować, nawet jeżeli jego osoba mogła być zagrożona stłuczeniem lub wyginięciem. Jak na razie nic mu się nie stało. Szedł do domu z podniesioną głową i w markowych ciuchach.
– Za ile będziesz? – zadzwoniła do niego Maxime, gdy był dokładnie pół kilometra od granicy.
– Za jakieś 15 minut.
Maxime od razu wiedziała, gdzie jest. Za każdym razem blondyn wracał tą samą trasą, oprócz męskich wieczorów, kiedy to szedł z Harrym na piwo lub coś mocniejszego.
– Nie musisz się martwić.
– Wiem i nie martwię się. Po prostu jest już po jedenastej, a ja muszę wstać przed szóstą. Po prostu idę spać, więc jak będziesz wchodził do domu, to bądź cicho. Tyle – powiedziała i rozłączyła się, żeby tylko Marel nie wszedł z nią w dyskusję.
Pokręcił głową z uśmiechem. Znał to zachowanie Maxime jak każde inne. Czytał z niej jak z otwartej księgi. I nigdy się nie mylił.
Schował telefon do kieszeni wewnątrz kurtki, gdzie wcześniej spoczywał. Ziewnął przeciągle. Noc jest spokojna i nic się nie dzieje, pomyślał. Przeszedł jeszcze parę metrów, kiedy zza rogu jednego z budynków wyszedł zakapturzony mężczyzna.
Był wysoki i barczysty. Miał podobną posturę do Marela. Wyglądał jednak groźniej. Spod kaptura wyglądała broda typowa dla motocyklisty, gęsta i kłębiasta. Nic poza tym.
Mężczyzna stanął. Był lekko zgarbiony. Pięści miał zaciśnięte, jakby gotowe do uderzenia. Marel miał wrażenie, że uśmiechał się szyderczo i był naprawdę brzydki.
Blondyn nic sobie z tego nie robiąc, szedł dalej. Minął dziwnego człowieka, nie patrząc już na niego ani razu.
– Hej – zawołał tamten. – Nawet się nie przywitałeś.
Marel zatrzymał się.
– Nie znam cię.
– No tak… Nie musisz. Ale przywitać się… od tego nie ma odwołania.
Blondyn prychnął bezwarunkowo. Zawsze tak robił, gdy ktoś jego zdaniem mocno bredził.
– Słuchaj, nie znam cię, a jak cię nie znam, to się nie witam. Nie jesteś królową Elżbietą, bym mówił ci „dobry wieczór”, kłaniając się w pas. – Miał dziwne wrażenie, że może pożałować swoich słów, ale na razie pozwalał rozwijać się swojemu ciętemu językowi.
Zakapturzony zaśmiał się donośnie.
– Królowa Elżbieta… nie wiem, co to za jedna. Podoba mi się jednak twój dowcip. Zabawny jesteś, człowieku.
Ponownie zagrzmiał, śmiejąc się wniebogłosy.
Marel patrzył na niego tępo, starając się znaleźć w tej sytuacji trochę logiki i poziomu, ale niestety mu się to nie udało. Pokręcił głową oniemiały. Czy królowa Elżbieta była tak zabawna?
– Wybacz, ale nie mam czasu. Muszę wrócić do domu. Dziewczyna na mnie czeka, więc na razie, – odwrócił się, dodając pod nosem: – orangutanie.
Na jego nieszczęście zakapturzony mężczyzna usłyszał te słowa.
– Orangutanie? Zaraz ci pokażę, co potrafi ten orangutan.
W jednej chwili zbliżył się do Marela na odległość ręki. Blondyn cofnął się o krok, tak by jednak nie zostać dosięgniętym i ruszył biegiem, oddalając się od dziwaka. Zakręcił przy pierwszej okazji. Wbiegł w Zachodnią Dzielnicę. Tę znał jak własną kieszeń. Zakapturzony mężczyzna nie dawał za wygraną. Pędził za Marelem równie szybko, jak Usain Bolt w Mistrzostwach Świata w 2009 roku. Nic go nie powstrzymywało. Pomimo barczystej postawy obaj mężczyźni przełamali barierę racjonalnego przyspieszenia wbrew teoriom dynamik Newtona. W końcu Marela zatrzymała ślepa uliczka. Stwierdził, że jednak wyleciało mu z głowy kilka drobnych, zamkniętych uliczek. Westchnął przeciągle. Jak mogłem się tak zrobić? Nie było odpowiedzi. Brodaty wpadł w zaułek niczym bombowiec. Ledwo się zatrzymał, nie wywracając się.
Marel zgiął się wpół. Oparł dłonie na kolanach i złapał łapczywie oddech. Po tym wyprostował się i uśmiechnął, pokazując zmieszanie.
– Cholera, nie tu chciałem trafić – powiedział, ocierając pot z czoła.
– Na pewno, ale to ja dziś mam urodziny i to moje marzenia się dzisiaj spełniają.
– Jasne. Mam dla ciebie nawet prezent.
– Wiem. I właśnie zamierzam go odebrać.
Bandzior chwycił prawą ręką do tyłu. Zza paska wyciągnął niewielki nóż, przypominający jeden z myśliwskich. Błyszczał stalą. Rękojeść owinięta była w brązową skórę ze złotymi zdobieniami. W oczach Marela była naprawdę piękna. Mężczyzna również zdawał się przykładać do niego wielką wagę i uczucie. Chwycił go w taki sposób, jakby był najdroższą rzeczą, jaką posiadał. Właściwie było prawdopodobne, że rzeczywiście ten nóż był bardzo kosztowny. Marel nie wyobrażał sobie, aby ten mężczyzna mógł go sobie legalnie zafundować.
Wyjąwszy nóż, napastnik zamachnął się nim dwa razy, jakby chciał pokazać, jak świetnie potrafi nim władać. Marel znów prychnął, lecz tym razem w myślach. Tym razem nie posunął się do okazania jeszcze większej ignorancji. Stał przed nim uzbrojony facet. To już nie było zabawne.
– Posłuchaj, – zaczął – myślę, że da się tę sprawę rozwiązać bez użycia broni.
– Tak mówisz?
Blondyn kiwnął głową.
– Szkoda, że nie myślimy podobnie.
Zakapturzony zrobił krok w przód. Cały czas miał przed sobą wyciągniętą rękę, której przedłużeniem był myśliwski nóż. Marel z kolei zaczął się cofać. Minął całą długość kontenera na śmieci, którego wcześniej nie dostrzegł w ciemności, a który świetnie nadawał się na jego broń.
Natychmiast zaczął główkować. Miał nadzieję, że zakapturzony mężczyzna, wcale nie potrafił tak dobrze walczyć, jak się przedstawiał.
Zatrzymał się w jednej chwili i ugiął nogi w kolanach. Mocno oparł się na stopach, ale też uczulił swoje mięśnie na nagły zwrot akcji i unik.
Napastnik rzucił się na niego, bez słowa machnąwszy nożem. Marel zamierzał złapać go za uzbrojoną rękę i pozbawić go broni, jednak ten był szybszy. Zadał Marelowi cios drugą ręką w bok, godząc go prosto w wątrobę. Marel syknął, nieznacznie zginając się wpół. Cofnął się jednak automatycznie, unikając kolejnego ciosu.
Postanowił nie być dłużnym. Kopnął zbira w piszczel, po czym zamachnął się i uderzył prawym sierpowym w szczękę mężczyzny. Brodaty zrobił krok w tył, prawie się przewracając, jednak całą siłą mięśni nóg zachował pion i bez zastanowienia ugodził blondyna nożem w ramię, rozcinając jego kurtkę oraz skórę. Zirytowany Marel krzyknął, niemalże dławiąc się śliną. Złapał ręką ramię, odrywając wzrok od napastnika. Krew buchnęła z jego bicepsu, przesiąkając koszulę, kurtkę i przelewając się przez palce poszkodowanego.
– Niech cię cholera! – wrzasnął, nabierając do płuc wielki haust powietrza.
Niewiele myśląc, rzucił się na oprawcę. Nie obchodził już go nóż. Wręcz pozwolił mu wbić się w jego brzuch. W tym samym momencie uderzył pięścią w rękę oprawcy, każąc mu tym samym puścić rękojeść z ostrzem.
– SZALENIEC! – wrzasnął mężczyzna.
Marel nadal nie zobaczył jego twarzy, ale nie przejmował się tym. Miał to po prostu głęboko… Na razie przejął nóż – w dość niekonwencjonalny sposób – z czego się cieszył. Brzuch bolał go niemiłosiernie, ale wolał to, niż niezrównoważonego, uzbrojonego faceta.
– Ja jestem szaleńcem, a ty jesteś bez broni.
Blondyn wyrwał nóż z ciała i rzucił go do tyłu w ciemność. Wtem z rany falowo zaczęła wypływać krew. Była gęsta i brunatna. W tym momencie Marel nie mógł zrobić nic innego, niż przyłożyć rękę w rękawie do rany, próbując zatamować krew. Chciał zobaczyć, jak wygląda rozcięcie, jednak i tak było zbyt ciemno, żeby mógł cokolwiek dostrzec.
– Bez broni też dam sobie radę – odparł zbir. – Ty z kolei zaraz się wykrwawisz.
Basowy śmiech rozniósł się po zaułku, odbijając się rykoszetami od ścian. Marel miał wrażenie, że zaraz wywoła trzęsienie ziemi. Zrobiło mu się od tego niedobrze, po czym nagle zaczął opadać z sił. Zakapturzony wykorzystał sytuację i po raz kolejny zaatakował. Złapał swoją ofiarę za włosy i kilka razy przyłożył mu w brzuch, w miejsce, które obficie krwawiło. Marel krzyknął kilka razy. Łzy mimowolnie spłynęły po jego policzkach. Nie był to akt bezsilności czy mazgajstwa, tylko uderzenie silnego bólu do mózgu, który naparł również na jego gałki oczne.
– I co? Mówiłem – powiedział, rzucając Marela na ziemię.
Marel skulił się do pozycji embrionalnej. Dyszał, próbując nie myśleć o bólu. Czuł, że jego oprawca cały czas mu się przygląda, szydząc z niego w duchu. Nie zdziwiłby się, gdyby ten gość zaraz wyjął telefon, zrobił zdjęcie i wrzucił na Instagram z podpisem Patrzcie, jaki #kretyn! #siusiumajtek #maminsynek. Gdyby Marel nie był w takiej sytuacji, w jakiej był, pewnie by się z tego śmiał. Teraz jednak nie bawiło go to ani trochę.
– Pewnie w końcu się wykrwawisz. Jeśli chcesz, mogę dotrzymać ci towarzystwa. Ale w sumie mam ciekawsze rzeczy do roboty. Wiec ty sobie tutaj krwaw, a ja pójdę do domu obejrzeć mecz. Mam nagrane NBA. Uwielbiam koszykówkę, a ty? Nic nie mówisz, chyba jednak nie lubisz. No trudno. A chciałem cię zaprosić na piwko. No dobra, trzymaj się, stary. Miło było poznać. Może trafisz do Nieba za swój heroizm – powiedziawszy to, minął Marela, obchodząc go.
Wszedł w głąb zaułka, chcąc odzyskać swój nóż. Nie widział w tej ciemności nawet czubka swojego nosa. Nie ryzykował skaleczenia się, więc nawet nie próbował po omacku. Powoli przesuwał się z boku na bok, mając nadzieję, że któraś stopa trąci ostrze.
Przeszedł już spory kawałek, nadal nie natrafiwszy na broń. Westchnął przeciągle.
– Chyba jednak go nie znajdę. Ale głupio byłoby wpaść za zabicie.
Odwrócił się z nadzieją, że uda mu się dostrzec, jak długi odcinek przebył. W tej samej chwili jego twarz, jak i całe ciało spotkało się z zimną ścianą.
– Nigdy nie należy zostawiać żywych ofiar. Takie mszczą się najbardziej. Filmów nie oglądasz? Bo o czytanie cię nie podejrzewam.
Zakapturzony wydał z siebie dźwięk jakby zaskomlenia.
– To twoja odpowiedź? – zadrwił Marel. – Coś kiepsko z tobą. Ja czuję się jak nowo narodzony. – Uśmiechnął się, czego nie można było dostrzec. Jednak rozpierała go radość.
Szkarłatne plamy na brzuchu i ramieniu wciąż widniały na jego odzieży, rozcięcia również, ale rany zniknęły, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
– Wiesz, jaka jest różnica między nami? – Patrzył przenikliwym wzrokiem na mężczyznę, który jeszcze chwilę wcześniej nad nim triumfował, a który teraz spoczywał przy ścianie jakby nieprzytomny. – Cokolwiek bym nie robił, robię to celowo. Wiem, co robię, nie tak jak ty. Albo raczej ty pozornie wiesz, co robisz. Taka jest różnica.
Marel wyjął telefon komórkowy z kieszeni kurtki. Okazało się, że wyświetlacz został uszkodzony podczas bijatyki. Miał kilka śladów od pęknięcia, ale na szczęście dotyk działał prawidłowo. Włączył więc latarkę, oświetlając ślepą uliczkę. Nóż leżał całkiem niedaleko od nich. Jeszcze ze dwie szerokości i bandzior miałby z powrotem swoją zabawkę. Blondyn odetchnął z ulgą. Byłoby gorzej, gdyby ten typ odzyskał broń.
– Widzisz, jakie to proste? – Podniósł nóż. – Trzeba było włączyć latarkę.
– Trzeba ją mieć – prychnął mężczyzna.
– Jednak jesteś przytomny – powiedział beznamiętnie. – Myślałem, że wszystko, co mówię, leci w eter. A tu jednak niespodzianka.
Brodaty próbował wstać. Powoli, opierając dłonie na ścianie, podnosił się. Gdy już prawie stanął, ręka mu się obsunęła i runął ponownie na ziemię. Zaklął pod nosem, uderzając pięścią w grunt. Marel przyglądał się temu bez emocji. Gdy mężczyzna skończył szarpaninę z samym sobą i widocznie dał za wygraną, blondyn podszedł do kontenera, który minął na samym początku i wrzucił do jego środka nóż, po czym zamknął klapę z głośnym trzaśnięciem.
– Ja nie mam powodu, by cię zabić. Najwyżej spotkamy się jeszcze raz. Leję na to. – Wzruszył ramionami. – Ja w każdym razie wracam do domu. Gorąca dziewczyna na mnie czeka, nie chcę, aby wystygła. To na pewno lepsze niż mecz.
Pomachał byłemu oprawcy i wyszedł z zaułka, kierując się w stronę swojego mieszkania.

Reklamy

12 thoughts on “PROLOGUE

  1. Przeczytałam, i pozwolę sobie wyrazić niezadowolenie. Zdecydowanie mało mi. Możesz być pewna, że kiedy już wydasz tę książkę, to ja ją kupię. Jednym słowem dobry prolog, wzbudza zainteresowanie i tą potrzebę dowiedzenia się, o co chodzi?, co dalej? :-)

    No i cieszę się, że mnie znalazłaś :-)

      • Ja też! Bardzo mnie zaciekawiłaś. Tylko przez przyzwoitość nie dopytuję o jej treść :)

      • Napisałaś już całą i pracujesz nad korektą? Czy dzieło jeszcze nie ukończone?

      • Coż, pierwszy tom jeszcze nie doczekał się zakończenia, ale to tylko dlatego, że w drodze korekty może się coś zmienić. Mam po prostu pomysł na dwa zakończenia i nadal nie zdecydowałam, który będzie odpowiedniejszy ;) Na razie podrasowuję drugi rozdział. Choć wielokrotnie wyznaczałam sobie deadline, jakoś nie udawało mi się go dotrzymać, jednak tym razem „do końca roku” zmierza w coraz lepszym kierunku i mam nadzieję, że jeżeli nic mi nie stanie na drodze, w styczniu wyślę książkę do wydawnictwa.

      • Masz na myśli jakieś konkretne wydawnictwo? Widzę, że praca idzie pełną parą :) Pozostaje życzyć dużo weny i czasu wolnego :)

      • Fabryka Słów to moje marzene. Ewentualnie Wydawnictwo Mag, oni przodują w fantastyce.
        Jeśli nie będę miała szczęścia wydać w którymś z tych wydawnictw, to najpierw popłaczę, po czym poszukam innych wydawnictw ;)

  2. Hej, ponieważ zawitalaś u mnie to ja zawitałem u Ciebie :-). Oceniam prolog na 4-. Wprawdzie jestem tak początkującym ‚pisarzotwórcą’, że lepsze od moich wypocin są ułożone literki alfabetu, ale uważam że mam prawo do swojej oceny.
    Dlaczego nie pięc to oczywiste, bo nie można od razu wejść na szczyt i pomyśleć,e dają mi 5-tki to jestem the best. Trochę poważniej to minusy za sformułowania
    – „Nie był to akt bezsilności czy mazgajstwa” – nawalają się dwaj dorośli a nie dzieciaki
    – Wtem z rany falowo zaczęła wypływać krew. Była gęsta i brunatna – jako czytelnik nie mam prawa zobaczyć jaka była krew i oni też nie widzieli bo przecież napisałaś 2 zdania później że było ciemno
    -Zakręcił przy pierwszej okazji – skojarzyło mi się to jakby prowadził samochód a on biegł(może skręcił, uskoczył w bok?)
    – jest jeszcze jeden problem, którego nie mogę opisać, po prostu jestem zielony:-). Mniej więcej wytłumaczę. Cała historia jest delikatnie mówiąc zaj……a, te porównania, twarde męskie teksty, ale przeplatane są nie dokońca racjonalnymi opisami , czymś takim, że czyta się że jest super super super i nagle hmm, serio? tak może być?

    To są odczucia młodego czytelnika i kompletnego laika ale prosiłaś o informacje zwrotne to je zostawiam, a czy konstruktywne. mam nadzieję, że tak!
    pozdrawiam i udanych pisań zyczę, a książkę Twoją z przyjemnością zakupię i życzę żeby wymarzone wydawnictwo poparło Twoje starania!

    • Naprawdę bardzo Ci dziękuję za Twoją opinię. To, o czym napisałeś, pisali mi też inni, więc poprawiłam to i jeszcze więcej. Widzię tym samym, że jeżeli któraś już osoba pisze mi o tym samym, to coś w tym jest. Ponieważ piszę, wiem, jakie jest to trudne i że często nie zauważa się swoich błędów. Ale na szczęście nawet jak ich nie zauważę, to ktoś je zauważy, przekarze mi to, a ja będę mogła i umiała je zmienić. Nigdy nie będzie idealnie. Sama nie postawiłabym sobie 5, więc nie przejmuj się swoją oceną. Nawet jeśli zaczynasz, to wiele to dla mnie znaczy, że się wypowiesz.
      I myślałam o tym, że może powinnam wstawić poprawioną wersję…
      W każdym razie jeszcze raz bardzo Ci dziękuję za opinię i w ogóle za komentarz.
      Najbardziej cieszę się z tego, że całość ludziom się podoba. A te szczegóły zawsze można poprawić :D

    • A i jeszcze zaintrygowało mi to, co napisałeś na koniec: „że jest super super super i nagle hmm, serio? tak może być?” Chciałam się dowiedzieć, co było dla Ciebie takie nieracjonalne, jeśli możesz mi powiedzieć.

  3. już chyba wiem co chciałem powiedzieć:-).
    to wszystko co mi nie pasowało zawarłem w tych przykładach.
    1. Dwóch zakapiorów się leje a pojawia się „mazgajstwa” .
    2. Jest ciemno jak (wiemy gdzie) a czytając dostajemy kolor krwi jeszcze falującej?. 3.porównanie ” Pędził za Marelem równie szybko, jak Usain Bolt w Mistrzostwach Świata w 2009 roku ” rewelacja, ale chyba nie do tej sytłuacji, bo ten Zakapior w takim tempie to 2-, 3-krotnie zdążyłby zapłacić kartą Master Card(jak w reklamie) i wtedy dopaść Marela
    4.”Spod kaptura wyglądała broda typowa dla motocyklisty, gęsta i kłębiasta. Nic poza tym.” mam znajomych Harleyowców – typowych lub mniej ale nie mają gęstej kłębiastej brody

    Wiesz, tak naprawde to są niuansiki i dlatego dałem – w ocenie, bo sama fabuła zapowiada się rewelacyjnie. po przeczytaniu Prologu chciałem wiedzieć jakie naprawdę łączą relacje Harrego i Marela, jak taka troskliwa narzeczona opiekuje się Marelem i co wyjdzie z bijatyki….. do dzieła:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s