artykuł

Czarne charaktery

Za równo w realnym życiu, jak i w książkach lub filmach oprócz głównego bohatera jest czarny charakter. Jak przystało na przeciwnika dobra uprzykrza on życie i próbuje pokrzyżować plany głownej postaci i wszystkich, którzy stoją po jej stronie. Mam tutaj na myśli antagonistę, który może ukazywać się pod różnymi postaciami i w skrócie być jak wrzód na tyłku.

Ile jest typów antagonistów, trudno stwierdzić, choć mówi się, że zaledwie cztery. Doszukałam się strony, która je wymienia. Jednak chyba czegoś mi brakuje pośród ich opisów. Mniejsza z tym. Zastanawiałam się bowiem, jakich antagonistów mogę wyróżnić w mojej książce. Ilu ich jest? Czym się różnią? Tak, to bedzie temat tego niezobowiązujacego tekstu. Choć może najpierw chwila teorii.

4 typy

Mamy więc system, który stoi na przeciwko naszego… bohatera (powiedzny Julia*). Jest to zło wynikające z przekonań, kierujace się dobrem społeczności, nie znające indywidualizmu i ustanawiające swoje własne reguły, z którymi, nie trudno się domyślić, CGI musi walczyć.

Dalej jest czyste zło, które niezależne od wszystkiego podąża swoją ścieżką, swoimi ideałami i za wszelką cenę chce zdobyć panowanie i zwyciężyć batalię, choćby miał być ostatnią osobą we wszechświecie.

Szary antagonista to taka sprowadzona na złą ścieżkę postać, która nie do końca staje na przeciw Julia, ale z pewnych wzglądów nie potrafi odseparować siebie od tych, którzy wkładają mu do głowy swoje ideały. Jest zwodzona albo i sterowana przez innych. Jednak gdy się ocknie, okazuje się postacią zagubioną i wcale nie chcącą niszczyć.

Na końcu widnieje wewnętrzne zło, które targa Juliem. Są to burzące się wewnątrz bohatera przekonania, cechy charakteru lub jego drugie ja, które próbuje przejąć władzę nad ciałem lub umysłem.

Boże Kłamstwa

Jak się zastanowię nad moimi czarnymi charakterami, to mogę powiedzieć, że wszystkie typy są obecne.

Główny bohater nie ogranicza się do jednej osoby. U mnie jest to grupa, która należy do jednej wspólnoty, że tak to nazwę. Przeciwko nim staje „opozycja”, która ma swoje zasady i która chce przejąć władzę.

Nie wszyscy jednak są czarni lub biali ani w jednym, ani w drugim obozie. Jednostki również walczą między sobą, mają różne interesy, głównie związane z ich historią, która odbiła na nich piętno. Ci po dobrej stronie mogą być trochę źli, a ci po złej trochę dobrzy. Tu następuje wewnętrzny konflikt, szczególnie że moi bohaterowie, będąc po danej stronie, powinni być całkowicie jednobarwni. Jednak nie każdy z nich czuje bezgraniczną przynależność do swojej społeczności. Niejednokrotnie zdarza się, że bohaterowie odnajdują w sobie sprzeczne emocje, z którymi walczą lub którym się poddają.

Wielu z nich jest również bardziej szara. Przejęli zasady poprzez wychowanie lub wpływ innych, silniejszych. Po dojrzeniu drugiej strony medalu, zaczyna zastanawiać się nad swoimi poczynaniami i być może zmienia je.

Prawdziwych czarnych charakterów jest trzech, o ile o nikim nie zapomniałam. Główny zły i jego dwaj poplecznicy, którzy również są przesiąknięci chęcią mordu i nie zamierzają tego zmienić. Po prostu im się to podoba. Daje im to siłę i napędza. Są nakierowani na śmierć.

Od zera do bycia złym

Sama zadaję sobie pytanie, po co aż tyle złych postaci i tyle zmian frontów, i tyle różnic w charakterach? Czy ja się w tym nie gubię? Czy nie łatwiej stworzyć jednego porządnego złoczyńcę? A czy wtedy byłoby ciekawie? Czy ten tekst miałby sens, gdybym miała opowiedzieć tylko o jednym czarnym charakterze? Czy cała książka pokazywałaby coś więcej niż tylko starcie dobrego ze złym? No pewnie nie.

Wiele postaci, wiele zmian, wiele przeistoczeń jest po to, aby lepiej mi się pisało i żeby potem komuś lepiej się czytało. Sama jak czytam, co napisałam, wkręcam się w opowieść jak zwykły czytelnik, jestem zafascynowana i chcę więcej, więc chyba nie ma potrzeby tego zmieniać.

* Julio (Hulio) – nazwałam tak przykładowego bohatera, żeby było szybciej

Reklamy
artykuł, książka, pisarstwo

Od początku mojego pisarstwa

Nie znam za dużo historii, jak i od kiedy piszą znani i lubiani pisarze. Ale nie o nich mowa. Zastanowiłam się nad tym, jak dawno temu sama zaczęłam pisać i nie pamiętam dokładnie, ale było to we wczesnym dzieciństwie.

Mogłam być w przedszkolu, kiedy brałam tonę zabawek ze sobą i tworzyłam ich historie pod stołem w salonie. To pewnie był jakiś początek…

Potem pamiętam jak rysowałam… coś na wzór komiksów. Ale nigdy nie miałam wybitnego talentu do rysowania. Pewnie dlatego porzuciłam pomysł rysowanych opowieści. Nawet jeśli rysowanie wychodziło mi lepiej niż większości dzieci w moim wieku.

Z czytaniem szło mi bardzo trudno. Siadałam pod okiem mamy i czytałam. To była katorga. W końcu pod wpływem innych już dobrze i chętnie czytających, sama zaczęłam chwytać za książki. Pewnie pierwszymi poważnymi była seria Pottera. Choć przypomina mi się, jak byłam w sklepie z rodzicami i chcieli mi kupić Kamień filozoficzny, a ja powiedziałam „Nie!”. Zabawne, bo rok później wszyscy szaleli na jego punkcie. I ja również z zapałem czytałam nowe wydane tomy.

Parę lat później czymś niezwykle ciekawym okazała się muzyka. Zaczęły docierać do mnie gitary i perkusje, więc jedyne, co zostało to słuchanie porządnego rocka. Sama nie zaczęłam grać na żadnym instrumencie, no może trochę na gitarze, choć zawsze wolałam bębny. Dla mnie jednak ciekawsze było pisanie własnych tekstów piosenek. To był wiek wielkich przemian fizycznych i psychicznych w moim ciele, i szczególnie zaczynałam opisywać swoje emocje.

Po jakimś czasie popularne stały się fora internetowe. Wtedy już prawie byłam wyjadaczką wśród piszących internautów. Forum, do którego należałam zajmowało się właśnie pisaniem. Wrzucaliśmy na nie nasze opowiadania, ale i wiersze.

Wiersze były na pewno szybsze, więc trochę lepiej się je pisało. Teraz już rzadko piszę utwory liryczne, co nie znaczy, że w ogóle. Raz na jakiś czas w przypływie wylewności napiszę kilka kleistych się zwrotek, które mają jakikolwiek sens. Ale wtedy to były jedne z głównych utworów, jakie pisałam obok opowiadań.

Na forach nie tylko wstawialiśmy swoje teksty, ale również je ocenialiśmy. Zażarcie mówiło się wtedy o konstruktywnej krytyce. Niektórzy byli tak zwaną betą – czyli osobą, która czytała takst pod różnym kontem i opierając się na przykładach, opisywała swoje spotrzeżenia, również od językowej strony. Ja uwielbiałam to robić. To był ten czas, kiedy byłam bardzo zafascynowana językiem polskim, to znaczy był to początek mojej przygody.

To musiał być okres gimnazjum. Wtedy oprócz forów były jeszcze blogi, znacznie popularniejsze niż teraz. Portali, na których zakładało się blogi, było w sumie niewiele, ale samych blogów było na pęczki. W moim gronie najpopularniejsze były typu fanfiction, głównie o tematyce potterowskiej. Sama założyłam Myślodsiewnię Severusa Snape’a. Jak teraz ją wspominam, pamiętam, że miałam wielu czytelników i, nie chwaląc się, pisałam o czymś innym niż większość. Byłam z niej naprawdę dumna. Nie wiem, kiedy to wszystko się zmieniło i skończyło.

W czasie liceum chyba rzadziej pisałam. Było dużo nauki i wszytko zaczęło być poważniejsze. Ale na pewno w którymś momencie przeczytałam „Portret Doriana Greya” i to był początek mojej inspiracji. Postanowiłam, że napiszę książkę. Napisałam trzy rozdziały i gdzieś pomysł przepadł, choć potem jeszcze wracałam do tego utworu. Mam go nadal na pendrive’ie i myślę, że kiedyś do niego zajrzę.

A propos powrotów, na studiach znowu pisałam teksty piosenek i nie pamiętam, w którym momencie wróciłam do Myślodsiewni. Reaktywowałam ją. W sumie założyłam nowego bloga i przerabiając stare rozdziały, od nowa prowadziłam tamtą opowieść. Szybko jednak zdałam sobie sprawę z tego, że stare czasy nie wrócą, a popyt na fanfiki zwyczajnie umarł.

W międzyczasie parałam się okazjonalną edytorką, byłam na stażu korektorskim i pomagałam paru osobom przy ich tekstach – różnego rodzaju.

W końcu jednak przyszedł czas na ten najpoważniejszy utwór. Jako fanka fantastyki nie mogłam sobie odpuścić. Pod wpływem różnych książek i filmów zaczęłam pisać Boże Kłamstwa. To trwało chyba 2. i 3. rok studiów, kiedy od początku do końca napisałam pierwszą wersję pierwszego tomu. I trochę na tym przystanęłam. Oczywiście rozpoczęłam również ten blog, co pomogło mi w jakimś stopniu kontynuować pracę, ale też nie za długo.

Po ostatnim wpisie z 2016 roku próbowałam czasem coś poprawić i napisać np. recenzje (mam kilka zapisanych szkiców), ale aż do teraz nic z tego poważnego nie wyszło. Może to naprawdę będzie drugi początek mojego pisarskiego życia. Jak spojrzałam tak wstecz, przykro byłoby zostawić taką barwną historię za sobą bez kontynuacji.

P.S. Zawsze, jak do tej pory obrazki biorę z Internetu, głównie z Pinteresta.

artykuł, pisarstwo

Pisanie każdego dnia

„Pisanie każdego dnia” – tak miało być. Jak założyłam bloga, pisałam codziennie: w domu, na uczelni, na przystanku autobusowym, w metrze, na kawie, przy obiedzie, przed snem, po obudzeniu się. I gdzie to przepadło?

Miałam wtedy dużo weny, dużo natchnienia i chęci do klepania w klawiaturę lub używania długopisu na jednym z tysiąca zeszytów, które miałam w domu. Teraz od dobrego roku nie napisałam ani zdania opowiadania lub książki. Naprawdę jest mi przykro. Bardzo się opuściłam. Wczoraj pisałam o tym, że zapomniałam, jak ważne to dla mnie było, ile radości mi to sprawiało. Teraz nie mam weny, ale…

Przeczytałam właśnie artykuł Dzień z życia pisarza na stronie lekturabowiązkowa.pl. Miło się go czytało. Był konkretny i prosty w odbiorze i bardzo mnie wciągnął. Nie weryfikuję w nim prawdy, bo ma on dla mnie głębszy sens. Artykuł został opublikowany półtora roku temu i gdybym wtedy go przeczytała, to pewnie dzisiaj nie byłabym na siebie taka zła, że odrzuciłam pisanie na długi czas. Cytuję:

Lew Tołstoj uważał, że prawdziwy pisarz pisze codziennie. Nawet, jeżeli nie masz pomysłu na tekst powinieneś pisać, bo inaczej wypadniesz z rytmu. I choć można się z Tołstojem nie zgadzać, to z doświadczenia wiem, że nie sztuką jest pisać, kiedy wszystko układa się zgodnie z planem. Jesteśmy szczęśliwi, wypoczęci, mamy pomysł. Sztuką jest pisać, gdy cały świat próbuje zrobić wszystko, abyśmy nie napisali nawet jednego słowa. Zresztą z podobnego założenia wychodzi Stephen King, który również stara się pisać codziennie. Pisarzem bowiem się jest ciągle, a nie bywa, gdy w końcu odwiedzi nas natchnienie.

Tutaj popełniłam błąd. Nie powinnam była przerywać pisania. Nawet jeśli zajęłam się innymi ważnymi rzeczami, to powinnam poświęcać parę minut na napisanie czegokolwiek. Dzięki temu teraz pewnie wreszcie byłabym zadowolona z książki. A tak to stanęłam w martwym punkcie.

Hilarious – tak bym to określiła. Co w sumie jest przykre. I wcale nie polepsza sytuacji. Jednak czuję się nieco mądrzejsza. I może to sprawi, że znowu zacznę nazywać siebie pisarką, chociaż odrobinę.

artykuł, pisarstwo

Droga w nieznane

Wiatr potrząsa niestudzenie tysiącem liści, a ja siedzę w tym pociągu do… niby znam drogę, ale co mi to przyniesie?

Pogoda zmienia się z każdą minutą. Na szczęście robi się coraz cieplej i jaśniej. Z rana było 9 stopni. To za mało, nawet jeśli dzięki temu mogłam założyć nową piękną kurtkę. Nową obiektywnie, piękną subiektywnie.

Kiedy ostatnio pisałam? Nie pamiętam. To przykre, że wraz z wejście w poważną dorosłość zapomniałam, na czym kiedyś tak bardzo mi zależało.

Zastanawiam się, jak mam do tego wrócić. Nie mogę sobie tego postanowić. To musi się zadziać. Zupełnie samo. Brakuje mi tego teraz. Tych miejsc, które sama wymyśliłam. Tych ludzi, których sama stworzyłam. Tych sytuacji, które sama obmyśliłam. Tych emocji, które sama czułam.

Słońce wpada do pomieszczenia, ogrzewając mnie od czubka głowy po palce stóp. Ale co to zmienia? Może to, że po prostu teraz piszę.

Potrzebowałam oderwania od rzeczywistości, która trochę za bardzo mnie przytłoczyła. Która trochę za mocno kazała mi trzymać się ziemi i myśleć logicznie. Ja tego nie potrzebuję. Nie chcę co dzień robić tylko poważnych i jednotorowych rzeczy i zatracać fantazję.

Czuję, że nadchodzi czas, kiedy pisanie zaczyna być znowu istotne. Kiedy zamykam oczy i czuję, że to jest to. Kiedy idę ulicą i czuję, że brakuje mi kartki i długopisu, żeby napisać kolejny rozdział.

Zamykam oczy i widzę bohaterów, których los zależy ode mnie. Zapomniałam o nich. A przecież nadal żyją i mają się świetnie. Tylko nie mogą się nigdzie ruszyć.

To jest chyba mój wewnętrzny plaks w twarz, żeby na powrót układać litery tak, jak tego chcę. Dziękuję.

książka, pisarstwo

Dobre czy złe zakończenie

Zadałam sobie ostatnio pytanie, czy wolę czytać książki, które kończą się w pozytywny, optymistyczny szczęśliwy sposób czy jednak te ze smutnym, złym zakończeniem. Patrząc na to, że książek ze złym zakończeniem jest jak na lekarstwo, trudno jest przeczytać ich na tyle dużo by móc porównać te dwa obozy. Właściwie patrzenie na to, co jest dobre a co złe, to dość indywidualna kwestia. Dla mnie kieskie było to, że Harry Potter przeżył, ale czy samo zakończenoie było złe?

Zadaję sobie to pytanie, ponieważ wciąż nie wiem, jakie będzie zakończenie książki, którą piszę. Albo raczej trylogii, którą piszę – pierwszy tom zna już swój koniec. Mogę zdradzić, że różnie można na nie spojrzeć. Bohaterowe „wygrywają” i „przegrywają”.

A właśnie to jest zastanawiające w zakończeniu. Czy czytając książkę, myślimy o zakończeniu, odnosząc się do siebie czy do bohaterów powieści?

Każdy człowiek ma własne wyobrażenie szczęścia i nieszczęścia. Wszystko zależy od naszych doświadczeń i pragnień. I wszystko zależy też od gatunku utworu. Wyobraźmy sobie romans zakończony tragicznie. Nie nastraja on nadzieją i radością. A przecież zakończenie romansu jest tylko jedno – Żyli długo i szczęśliwie. Kryminał kojarzy się raczej realistycznie, ale też pragniemy bardziej rozwiązania zagadki i ukarania zbrodniarza niż wymknięcia się go stróżom prawa, bo wtedy sprawiedliwość nie miałaby żadnego znaczenia. Musi być zachowana równowaga w przyrodzie.

Kiedy myślę o zakończeniu mojej książki, myślę o moich bohaterach, co będzie dla nich dobre, czego się nauczą, czego doświadczą, czy będą szczęśliwi, czy będą realistyczni. Najbardziej nie lubię, kiedy utwory fikcyjne nie są „realne”, nawet będąc zbudowane na gruncie czystej wyobraźni, kiedy świat rzeczywisty nie mógłby istnieć i tak samo bohaterowie nie mogliby żyć w naszym świecie. Cała fabuła musi być dostosowana do realiów danej rzeczywistości i jej praw egzystencjalnych. Wobec tego, co znaczy dobre/złe zakończenie?

A może tak naprawdę książka nie powinna mieć zakończenia…

pisarstwo

Pisanie po serialu

Niesamowite. Myślałam, że zapał i Wen opuścili mnie na zawsze, ale jednak mieliśmy jakiś zgrzyt w naszym długoletnim związku.

Niedawno zaczęłam nałogowo oglądać popularne seriale. Flash. Arrow. Daredevil.  Niedawno postanowiłam wziąć się za Shadowhunters, choć po porażce ekranizacji bałam się, co zastanę. Czy to będzie kolejny niewypał i płacz w poduszkę, że naprawdę nikt nie umie nakręcić porządnych Darów Anioła? Czy może szczęście będzie po ich stronie?

Cóż pierwsze trzy tomy serii autorstwa Cassandry Clare przeczytałam nie raz. Nie są wybitną literaturą, ale wystarczy mi, że wciągnęły mnie w akcję. I choć bardzo sceptycznie, to miałam nadzieję, że serial też nie pozwoli mi odejść, dopóki całego nie obejrzę.

Otóż, jak na razie czekam na ostatni odcinek pierwszego sezonu. Nie pałam wielką miłością do całości, która mocno różni się od książek (z czego tym razem się cieszę), ale niektóre postacie są tak cudowne, że dla nich jestem w stanie obejrzeć choćby najnudniejszą scenę. I jak to pieknie powiedział Magnus Bane do Aleka: You unlock something in me. Więc zaczęłam znowu pisać! (Szkoda, że nie magistra.)

Najpierw postanowiłam, że w końcu przeczytam sobie całość. W trakcie czytania dostrzegłam niespójność w rozdziałach. Napisałam coś w piątym, a z siódmego wynika, że tego nie było albo powtarzałam niektóre sceny. I tak w kółko. Męcząca sprawa, ale chyba się cieszę. Przynajmniej znów widzę światło.


Chyba wychodzę od tego samego wniosku. Jeśli coś brzmi jakby było napisane, przerabiam to. Brzmi prosto. Ale nie zawsze łatwo jest coś przerobić. Pisanie wymaga naprawdę ogromnego dystansu. I trudno go osiagnąć, gdy chce się jak najlepiej dla swoich bohaterów. Ja moich prawie wszystkich kocham. Z jednym wyjątkiem, którego nie cierpię i paroma postaciami w stosunku, do których mam sadystyczne zapędy.

A na podsumowanie dowód, że pisanie jest bardzo proste!

artykuł, recenzja

Crimson Peak

W sercu młodej pisarki (Mia Wasikowska) miłość do przyjaciela z dzieciństwa (Charlie Hunnam) walczy ze zniewalającym uczuciem do tajemniczego arystokraty (Tom Hiddleston). Kiedy w jej rodzinie zdarzy się tragedia, Edith trafia do mrocznej posiadłości, w której ścianach musiało zdarzyć się wiele zła. Ten dom oddycha, krwawi i… pamięta.

Crimson Peak. Wzgórze krwi to wspaniała gotycka opowieść, stworzona przez mistrza mrocznych historii, Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Hellboy, Pacific Rim).

Na broszurach o filmie Crimson Peak dostępnych w Multikinie można było przeczytać powyższe słowa. Mało informacji, ale mogą zainteresować. Fakt gotyckiej opowieści może przyciągnąć, tak jak i nazwisko reżysera, bo kto oglądał Labirynt Fauna, wie, co może się wydarzyć. (Szkoda, że ten tytuł jak i kolejne dwa nie są zapisane kursywą lub wzięte w cudzysłów.) Jednak obawiam się, że to odtwórca Lokiego jest głównym punktem zainteresowania filmem niejednej osoby. Nie powiem, mnie również przyciągnął miedzy innymi właśnie ten fakt.

Więc czy sama opowieść faktycznie jest taka wspaniała? Na pewno chciałabym ujrzeć ją w formie papierowej. Chętnie przeczytałabym scenariusz. Ale też z przyjemnością jeszcze raz obejrzałabym ten film. Nie należy on do gatunku hollywoodzkiego, który będzie wbijał w fotel wybuchami, ani do horrorów typu The Ring lub Klątwa (choć skojarzenia czasem miałam jednoznaczne). Jest to, owszem, film, w którym duchy odgrywają ważną rolę, ale akcja nie rozwija się w zastraszającym tępie jak na kolejce górskiej. Jest to raczej historia przypominająca mi spokojne brytyjskie produkcje dotyczące XIX w. Wszystko dzieje się powoli, ze szczegółami; przedstawione detale mają swoje znaczenie. Do sedna sprawy dochodzi się dopiero na samiusieńkim końcu. Finiszu można się jedynie domyślać (z dość owocnym skutkiem). Nikt nie ujawni tajemnicy, zanim nie dojdzie do kulminacji i ostatnich piętnastu minut.

Prawdą jest, że film może nudzić tych wychowanych na Jamesie Bondzie lub Terminatorze. Co jakiś czas pojawiają się krwiste duchy, które nawiązują do całego znaczenia Crimson Peak. Duch matki głównej bohaterki przestrzega ją przed tym miejscem długo przed tym, zanim w ogóle do niego trafi. Swoją drogą nawet ta zjawa nie przypomina białych, falujących duchów, kochających swoich żyjących bliskich. Wszystkie straszydła są dość straszne i przesycone turpizmem. Choć gdy się pojwiają mogą wywołać uśmiech, ale to już bardziej kwestia jakiegoś zaniedbania lub za małego dystansu reżysera do całego filmu, przez co powstawała pewnego rodzaju groteska.

Ogólnie charakteryzacja i kostiumy wywarły na mnie ogromne wrażenie. Dom Crimson Peak również był przepiękny w swojej tajemniczości, grozie i ponurości. Z wielką dziurą w dachu i tak był zachwycającym wiktoriańskim pałacem. Gra światłem niwelowała wszelkie wątpliwości, jakoby był to jedynie plan filmowy, wyglądał raczej na żywy organizm cierpiący tak samo jak jego mieszkańcy.

Muzyki w filmie mogłabym słuchać jak ulubionych zespołów – po prostu z pełnym uwielbieniem. Co prawda, bliżej im do koncertów fortepianowych Chopina niż do aktualnej muzyki rozrywkowej, ale takie są te filmowe piękne utwory. Pośród tego, co wpadało w oko, ta muzyka wpadała w ucho i zasklepiała się na długo.

Cała historia nie była jedynie zlepkiem scen z Mią Wasikoską i Tomem Hiddlestonem wokół krwiście szkarłatnych duchów. Była to opowieść o makabrycznej i szalonej miłości, o dążeniu do marzeń i walki z przewrotnym losem. Całość oplatały glina, rozpacz i chęć lepszego życia. Wszystko opierało się na kontraście: szczęśliwe życie w rozpadającym się domu, jasna cera i blond włosy łączyły się z czarnym duchem, boleśnie biały śnieg i ta czerwona glina, a później także krew. Co więcej, ostatnie słowa bohaterki przedstawiały, kim są rzeczywiście mary z zaświatów. Były to postacie z jakąś historią, taką, która przykuła ich do ziemi i nie chciała puścić. Taką, która każe im żyć wiecznie. Jednak to nie oni chcieli pozostać na świecie, to żywi bohaterowie w podświadomości pragnęli pozostawić po sobie ślad. Te oto prawidła pokazują przenikanie się światów, siłę przywiązania i bezwzględnej miłości. Nie są jednak receptą ani algorytmem na właściwe postępowanie. Każdy sam musi odnaleźć własną drogę.