Dobre czy złe zakończenie

Zadałam sobie ostatnio pytanie, czy wolę czytać książki, które kończą się w pozytywny, optymistyczny szczęśliwy sposób czy jednak te ze smutnym, złym zakończeniem. Patrząc na to, że książek ze złym zakończeniem jest jak na lekarstwo, trudno jest przeczytać ich na tyle dużo by móc porównać te dwa obozy. Właściwie patrzenie na to, co jest dobre a co złe, to dość indywidualna kwestia. Dla mnie kieskie było to, że Harry Potter przeżył, ale czy samo zakończenoie było złe?

Zadaję sobie to pytanie, ponieważ wciąż nie wiem, jakie będzie zakończenie książki, którą piszę. Albo raczej trylogii, którą piszę – pierwszy tom zna już swój koniec. Mogę zdradzić, że różnie można na nie spojrzeć. Bohaterowe „wygrywają” i „przegrywają”.

A właśnie to jest zastanawiające w zakończeniu. Czy czytając książkę, myślimy o zakończeniu, odnosząc się do siebie czy do bohaterów powieści?

Każdy człowiek ma własne wyobrażenie szczęścia i nieszczęścia. Wszystko zależy od naszych doświadczeń i pragnień. I wszystko zależy też od gatunku utworu. Wyobraźmy sobie romans zakończony tragicznie. Nie nastraja on nadzieją i radością. A przecież zakończenie romansu jest tylko jedno – Żyli długo i szczęśliwie. Kryminał kojarzy się raczej realistycznie, ale też pragniemy bardziej rozwiązania zagadki i ukarania zbrodniarza niż wymknięcia się go stróżom prawa, bo wtedy sprawiedliwość nie miałaby żadnego znaczenia. Musi być zachowana równowaga w przyrodzie.

Kiedy myślę o zakończeniu mojej książki, myślę o moich bohaterach, co będzie dla nich dobre, czego się nauczą, czego doświadczą, czy będą szczęśliwi, czy będą realistyczni. Najbardziej nie lubię, kiedy utwory fikcyjne nie są „realne”, nawet będąc zbudowane na gruncie czystej wyobraźni, kiedy świat rzeczywisty nie mógłby istnieć i tak samo bohaterowie nie mogliby żyć w naszym świecie. Cała fabuła musi być dostosowana do realiów danej rzeczywistości i jej praw egzystencjalnych. Wobec tego, co znaczy dobre/złe zakończenie?

A może tak naprawdę książka nie powinna mieć zakończenia…

Reklamy

Pisanie po serialu

Niesamowite. Myślałam, że zapał i Wen opuścili mnie na zawsze, ale jednak mieliśmy jakiś zgrzyt w naszym długoletnim związku.

Niedawno zaczęłam nałogowo oglądać popularne seriale. Flash. Arrow. Daredevil.  Niedawno postanowiłam wziąć się za Shadowhunters, choć po porażce ekranizacji bałam się, co zastanę. Czy to będzie kolejny niewypał i płacz w poduszkę, że naprawdę nikt nie umie nakręcić porządnych Darów Anioła? Czy może szczęście będzie po ich stronie?

Cóż pierwsze trzy tomy serii autorstwa Cassandry Clare przeczytałam nie raz. Nie są wybitną literaturą, ale wystarczy mi, że wciągnęły mnie w akcję. I choć bardzo sceptycznie, to miałam nadzieję, że serial też nie pozwoli mi odejść, dopóki całego nie obejrzę.

Otóż, jak na razie czekam na ostatni odcinek pierwszego sezonu. Nie pałam wielką miłością do całości, która mocno różni się od książek (z czego tym razem się cieszę), ale niektóre postacie są tak cudowne, że dla nich jestem w stanie obejrzeć choćby najnudniejszą scenę. I jak to pieknie powiedział Magnus Bane do Aleka: You unlock something in me. Więc zaczęłam znowu pisać! (Szkoda, że nie magistra.)

Najpierw postanowiłam, że w końcu przeczytam sobie całość. W trakcie czytania dostrzegłam niespójność w rozdziałach. Napisałam coś w piątym, a z siódmego wynika, że tego nie było albo powtarzałam niektóre sceny. I tak w kółko. Męcząca sprawa, ale chyba się cieszę. Przynajmniej znów widzę światło.


Chyba wychodzę od tego samego wniosku. Jeśli coś brzmi jakby było napisane, przerabiam to. Brzmi prosto. Ale nie zawsze łatwo jest coś przerobić. Pisanie wymaga naprawdę ogromnego dystansu. I trudno go osiagnąć, gdy chce się jak najlepiej dla swoich bohaterów. Ja moich prawie wszystkich kocham. Z jednym wyjątkiem, którego nie cierpię i paroma postaciami w stosunku, do których mam sadystyczne zapędy.

A na podsumowanie dowód, że pisanie jest bardzo proste!

Crimson Peak

W sercu młodej pisarki (Mia Wasikowska) miłość do przyjaciela z dzieciństwa (Charlie Hunnam) walczy ze zniewalającym uczuciem do tajemniczego arystokraty (Tom Hiddleston). Kiedy w jej rodzinie zdarzy się tragedia, Edith trafia do mrocznej posiadłości, w której ścianach musiało zdarzyć się wiele zła. Ten dom oddycha, krwawi i… pamięta.

Crimson Peak. Wzgórze krwi to wspaniała gotycka opowieść, stworzona przez mistrza mrocznych historii, Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Hellboy, Pacific Rim).

Na broszurach o filmie Crimson Peak dostępnych w Multikinie można było przeczytać powyższe słowa. Mało informacji, ale mogą zainteresować. Fakt gotyckiej opowieści może przyciągnąć, tak jak i nazwisko reżysera, bo kto oglądał Labirynt Fauna, wie, co może się wydarzyć. (Szkoda, że ten tytuł jak i kolejne dwa nie są zapisane kursywą lub wzięte w cudzysłów.) Jednak obawiam się, że to odtwórca Lokiego jest głównym punktem zainteresowania filmem niejednej osoby. Nie powiem, mnie również przyciągnął miedzy innymi właśnie ten fakt.

Więc czy sama opowieść faktycznie jest taka wspaniała? Na pewno chciałabym ujrzeć ją w formie papierowej. Chętnie przeczytałabym scenariusz. Ale też z przyjemnością jeszcze raz obejrzałabym ten film. Nie należy on do gatunku hollywoodzkiego, który będzie wbijał w fotel wybuchami, ani do horrorów typu The Ring lub Klątwa (choć skojarzenia czasem miałam jednoznaczne). Jest to, owszem, film, w którym duchy odgrywają ważną rolę, ale akcja nie rozwija się w zastraszającym tępie jak na kolejce górskiej. Jest to raczej historia przypominająca mi spokojne brytyjskie produkcje dotyczące XIX w. Wszystko dzieje się powoli, ze szczegółami; przedstawione detale mają swoje znaczenie. Do sedna sprawy dochodzi się dopiero na samiusieńkim końcu. Finiszu można się jedynie domyślać (z dość owocnym skutkiem). Nikt nie ujawni tajemnicy, zanim nie dojdzie do kulminacji i ostatnich piętnastu minut.

Prawdą jest, że film może nudzić tych wychowanych na Jamesie Bondzie lub Terminatorze. Co jakiś czas pojawiają się krwiste duchy, które nawiązują do całego znaczenia Crimson Peak. Duch matki głównej bohaterki przestrzega ją przed tym miejscem długo przed tym, zanim w ogóle do niego trafi. Swoją drogą nawet ta zjawa nie przypomina białych, falujących duchów, kochających swoich żyjących bliskich. Wszystkie straszydła są dość straszne i przesycone turpizmem. Choć gdy się pojwiają mogą wywołać uśmiech, ale to już bardziej kwestia jakiegoś zaniedbania lub za małego dystansu reżysera do całego filmu, przez co powstawała pewnego rodzaju groteska.

Ogólnie charakteryzacja i kostiumy wywarły na mnie ogromne wrażenie. Dom Crimson Peak również był przepiękny w swojej tajemniczości, grozie i ponurości. Z wielką dziurą w dachu i tak był zachwycającym wiktoriańskim pałacem. Gra światłem niwelowała wszelkie wątpliwości, jakoby był to jedynie plan filmowy, wyglądał raczej na żywy organizm cierpiący tak samo jak jego mieszkańcy.

Muzyki w filmie mogłabym słuchać jak ulubionych zespołów – po prostu z pełnym uwielbieniem. Co prawda, bliżej im do koncertów fortepianowych Chopina niż do aktualnej muzyki rozrywkowej, ale takie są te filmowe piękne utwory. Pośród tego, co wpadało w oko, ta muzyka wpadała w ucho i zasklepiała się na długo.

Cała historia nie była jedynie zlepkiem scen z Mią Wasikoską i Tomem Hiddlestonem wokół krwiście szkarłatnych duchów. Była to opowieść o makabrycznej i szalonej miłości, o dążeniu do marzeń i walki z przewrotnym losem. Całość oplatały glina, rozpacz i chęć lepszego życia. Wszystko opierało się na kontraście: szczęśliwe życie w rozpadającym się domu, jasna cera i blond włosy łączyły się z czarnym duchem, boleśnie biały śnieg i ta czerwona glina, a później także krew. Co więcej, ostatnie słowa bohaterki przedstawiały, kim są rzeczywiście mary z zaświatów. Były to postacie z jakąś historią, taką, która przykuła ich do ziemi i nie chciała puścić. Taką, która każe im żyć wiecznie. Jednak to nie oni chcieli pozostać na świecie, to żywi bohaterowie w podświadomości pragnęli pozostawić po sobie ślad. Te oto prawidła pokazują przenikanie się światów, siłę przywiązania i bezwzględnej miłości. Nie są jednak receptą ani algorytmem na właściwe postępowanie. Każdy sam musi odnaleźć własną drogę.

Próby ognia

Ani trochę nie zdziwiło mnie to, że film miał z książką tyle wspólnego, co piernik z wiatrakiem. Bohaterowie w zasadzie ci sami, zamysł w zasadzie ten sam i tytuł też, jakby nie było, ten sam, ale wszystko wykonane w różny sposób od oryginału. Jednakże czy Próby ognia miały być kompletnym odzwierciedleniem powieści? Podobnie do pierwszej części, druga zachowuje podobny zarys fabularny, ale wiele scen, które były w tomie zostały usunięte bądź zmodyfikowane. Niejednego spotkania, niejednego zdania, niejednego zdarzenia zabrakło mi w filmie. Ale… Ale myślę, że dzięki temu film jest świeższy. Dobrze kontynuuje historię pierwszej części, Więźnia labiryntu.

Oglądając zwiastun tuż przed premierą filmu, nie spodziewałam się niczego niebywałego – raczej czegoś utartego, pomimo całkiem fascynującej fabuły książki. Obawiałam się, że wyjdę po emisji z rozczarowaniem na twarzy i z rozżaleniem, że seria, którą czytałam z zapartym tchem jak Harry’ego Pottera, będzie nie do zniesienia. Na szczęście zawiodłam się na moich przypuszczeniach. Oglądałam film z zainteresowaniem.

Z początku moje myśli zaprzątały obrazy, które wykreowałam sobie podczas czytania powieści, jednak szybko oddałam się filmowi, bo w końcu naprawdę nie ma sensu patrzeć na ten film przez pryzmat książki. Jedynie psuje się wtedy całą radość z oglądania, szczególnie że walorów ma naprawdę sporo. Wszelkie efekty komputerowe były niezwykłe. Było ich naprawdę wiele, co nie każdemu może się podobać, ale ja raczej jestem dzieckiem fantastyki i science fiction, wobec czego do mnie niejednokrotnie przemawiały.

Niektóre ujęcia były wręcz bajeczne, aż chciałabym zrobić sobie z nich tapetę na ścianę; jednym z nich był widok burzy hulającej nad bohaterami, kłębiących się czarnych chmur i iskrzących się błyskawic albo moment gdy bohaterowie stoją na szczycie zaspy piaskowej i słychać strzał – wszyscy zamierają.

Również charakteryzacja Poparzeńców wydała mi się bardzo przemyślana i przekonująca, tak samo jak widok zgliszczy, sypiących się budynków i mostów – można było wyobrazić sobie, jak majestatycznie wyglądały zanim zostały zniszczone.

Oczywiście nie da się mówić o tym filmie w samych superlatywach, jednak  również nie zamierzam się go za specjalnie czepiać. Czasem gra aktorska mogłaby być bardziej dopracowana. Mam wrażenie, że zapadnięte policzki i otwarte usta Dylana O’Briena to trochę jak stoicka twarz Kristen Stewart. Czy tylko ja mam wrażenie, że z tego chłopaka dałoby się coś więcej wycisnąć? Nawet mój faworyt, Thomas Brodie Sangster, ukryty gdzieś za wszystkimi, pokazał tylko tyle, jak się ucieka, strzela i żegna z przyjacielem, ale już wolę tę ścieżkę niż emocjonalną grę, która nie zakończy się niczym dobrym.

Podobnie scena, w której Brenda i Thomas uciekali przed Poparzeńcami, w pewnym momencie wydała mi się naciągana. Dziewczyna spadła na szybę, która zaczęła pękać pod jej ciężarem, ale jak dodatkowo znalazł się na niej zombie, to jakoś dziwnie stabilnie się trzymała i pękła dopiero, gdy Thomas porządnie w nią przywalił.

Powracając do pozytywów tej produkcji, nie sądziłam, że uruchomi ona we mnie pełną gamę uczuć. Choć od pewnego czasu jestem podatna na emocje, to nie spodziewałam się, że zacznę płakać. Jeden moment, gdy Thomas wspomina o Chucku, sprawił, że serce zaczęło mi się krajać, a łzy pociekły jak Wisła z Baraniej Góry.

Śmiech również mnie nie opuścił, ale miałam wrażenie, że na sali było słychać tylko mnie i mojego towarzysza. Zawsze mam takie przemyślenia, gdy jestem w kinie i zastanawiam się, czy ludzie nie potrafią się bawić w takim miejscu. Przecież zabawnych scen było kilka.

A przerażenie? Wzdrygnęłam się nieraz, głównie wtedy gdy Poparzeńcy pojawiali się znikąd. Pełna cisza na sali i nagle coś zaczyna się drzeć i po tym widzisz zakrwawioną mordę bez oczu albo w ogóle bez połowy twarzy, która mogłaby określić, kim kiedyś był ów atakujący popapraniec.

Do głowy przychodzi mi pytanie, które zadawałam sobie przy okazji pisania recenzji o Więźniu labiryntu: Czy lepiej było obejrzeć film zanim przeczytało się książkę? Myślę sobie teraz, że wcale, bo przez to, że film nie jest w pełni wierną adaptacją oryginału, jest ciekawą kontynuacją filmowej pierwszej części, która przecież również nie była w pełni odwzorowaniem powieści. Myślę, że w takiej formie w jakiej są filmy, dobrze się ze sobą komponują. Oczywiście odbiegają od trylogii, ale tworzą nowszą serię, która dostarcza nowych pytań i nowych odpowiedzi, która nie powiela, a skłania do zaciętych dyskusji. Sądzę, że można uznać to za sukces tych filmów. Żaden pewnie nie otrzyma Oscara (choć efekty mogłyby być nominowane), ale z pewnością w pamięci pozostaną.

ITPlanet E-Sport Masters 2015

Imprezy gamingowe, inaczej po polsku growe, zaczynają promieniować. Dają kopa niczym postaci z Mortal Kombat. Jak wiele mogą pokazać? Jak wielu graczy może się pokazać? ITPlanet przedstawiło się na pewno ze znakomitej strony. Cała ekipa pracowała jak mrówki, żeby cały event zakończył się sukcesem. Organizacja stała pod znakiem zakręconego Jacka i pokręconego Marcina. Wszędzie było ich pełno, tak jak i innych współtwórców.

Wydarzenie objęło ponad tysiąc osób, co jest całkiem imponującym wynikiem jak na nieduże miasto, Lubin. To znacznie więcej niż wynik pierwszego PGA. Chłopcy, chłopcy i cały czas więcej chłopców. Dziewczyny zasilały bardziej szeregi helperów niż uczestników. Właściwie to nic dziwnego – cały czas odsetek pań grających w gry komputerowe czy wideo jest mniejszy niż panów.

Cała impreza ulokowała się w Centrum Kultury Muza, w której zakamarków jest więcej niż w labiryncie, a komputerów więcej niż w centrum dowodzenia. Impreza e-sportowa musiała pokazać się z jak najlepszej strony i zafundować uczestnikom moc atrakcji, a także odpowiedni sprzęt. Swój wkład miały m.in. firmy Samsung, LG i Modecom.

Stanowisk z konkretnymi grami było kilka, np. te z League of Legends, osu!, Starcraftem czy Heartstonem i FiFĄ. Symulatory, Wormsy czy inne niszowe gry również były dostępne na evencie. Nawet dostrzegłam kogoś grającego w Spore’a, w którego sama bym zagrała, bo nie robiłam tego ze trzy lata.

Zorganizowano prelekcje oraz wywiady i inne atrakcje. Można było wziąć udział w panelach takich jak ten o tworzeniu gier, o tworzeniu efektów dźwiękowych, o symulatorach prowadzony przez Wujka Bohuna oraz o cyberpunku przedstawionym przez Fikusa.

Obrazek 6

Wstęp wolny był również na wywiady z GoldSeven i Beshi, z Fikusem, Yoshim, Złym Maćkiem i DraqDrasem, z Wujkiem Bohunem oraz z TasteOfNovember. Pytania dotyczyły głównie YouTuba – co raczej nie dziwi – początków kariery, subów, lajków i hejtów oraz ogólnie życia w Internecie, jak i poza nim.

Obrazek 5

Pomysłowe było również zaprezentowanie filmu Need for Speed oraz przedstawienie gry Surval. Przez cały ESM uczestnicy mieli możliwość trochę przetestować tę grę, a także zostawić swoją opinię na temat grafiki, dubbingu i ogólnej prezencji gry, czy się podobała czy nie.

Kolejną zabawą, cieszącą się ogromnym zainteresowaniem był konkurs cosplay. Lekkie opóźnienie oraz małe problemy techniczne nie zaważyły na sukcesie całego przedsięwzięcia, choć niektórym przysporzyło stresów. Jurorkami były Andrasta, Atai i Margaret, natomiast prowadzącą Madlencia. Stroje wszystkich cosplay’erów były imponujące. Prezentacje – jedne lepsze, drugie najlepsze. Najważniejsza jednak była atmosfera.

Obrazek 7

Poza luźnymi atrakcjami miały miejsce także turnieje Counter Strike’a i League of Legends, odbywające się na głównej sali oraz mniejsze, ale nie mniej znaczące, turnieje w Wormsy czy Hearthstone’a.

Obrazek 8

Innym przyjemnym punktem dnia był Red Bull. Akurat gdy poczułam spadek ciśniania on wbił na imprezę jak byk na arenę. Wtedy pierwszy raz go wypiłam. Przeraził mnie fakt, że naprawdę mi zasmakował.

image

Niesamowite wrażenie wywarł na mnie Wujek Bohun. Pierwszy raz miałam z nim do czynienia. W zasadzie dzięki temu wydarzeniu dowiedziałam się o jego istnieniu i naprawdę cieszę się, że miałam okazję słuchać z nim wywiadu i opowieści o symulatorach. Człowiek jest ogromnie otwarty, inteligentny, szczery i uczuciowy. Faktycznie pasjonuje się tym, co robi. Bardzo pogodny, spokojny, uśmiechnięty. Wydaje się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

Obrazek 4

Miałam również okazję zapoznać się bliżej z Fikusem, Złym Maćkiem, Yoshim i DraqDrasem. Kompania z piekła rodem, ale jak sami mówili YouTube to piekło. Jednak kto nie ryzykuje, nie zyskuje. Są to naprawdę pozytywne chłopaki, z którymi nie da się nudzić.

Nie mogę zapomnieć o samych organizatorach, pomysłodawcach i helperach. Każda osoba, która choć trochę zaangażowała się w tworzenie eventu zasługuje na najwyższe laury! Jeżeli pierwsza edycja pokazała, co to rzeczywiście są fajerwerki, to kolejne mogą być tylko lepsze. Prawdziwych emocji nigdy się nie zapomina, a E-Sport Masters 2015 było jak narodziny czegoś, co zawładnie i pokieruje przyszłością.

* * *

Zachęcam wszystkich serdecznie do odwiedzenia strony ESM oraz Centrum Kultury Muza, a także do obejrzenia cudownych relacji z eventu panów Fikusa, Złego Maćka, Yoshi’ego oraz DraqDrasa.

Ponadto warto też odwiedzić galerię zdjęć Kristos Foto. Świetne fotografie na miarę mistrzów.

Mam nadzieję, że zarówno relacje, zdjecia, jak i samo zapoznanie się z organizacją pozwolą na podwojenie sukcesu ITPlanet. 2016 rok przed nami!

Samodoskonalenie

Wreszcie  postanowienia noworoczne zaczynają się iścić. W języku angielskim jest taka ładna fraza: Dreams come true. – Marzenia stają się prawdą. Nasze iścić też jest odpowiednie – urzeczywistniać się. So… my dreams come true nowadays. Czuję ogromną satysfakcję.  Połowa jest nadal nie ruszona, ale druga połowa. Pierwszy raz mi się udaje.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

1. Jeszcze nie wysłałam, ale nie odpuszczę!
2. Już prawie schudłam 10 kilo, dokładnie 8 kg. To naprawdę dużo. Nie byłam nigdy jakoś bardzo gruba, ale szczupła też nigdy nie byłam. Zwykle mieściłam się w rozmiarze 40-42. Dwa lata temu doszło nawet do 44. Wtedy przystopowałam. Teraz 40 to norma, a zaraz mam nadzieję założyć spodnie r. 38.
3. Obronę będę miała pewnie w październiku. Do 30 września mam oddać pracę. Oczywiście, że nie jest skończona. Ale w ciągu miesiąca zrobiłam więcej niż w ciągu ostatniego roku, kiedy to powinnam pisać chociaż część teoretyczną.
4. Na wakacje raczej nigdzie nie wyjadę za granicę, chyba że tak na last minute. Byłam już w Krynicy Górskiej. To prawie jak być na Słowacji. Może da się to jakoś podciągnąć.
5. Uuu, nadal nie wychodzi, ale staram się i w końcu się uda.
6. Zdecydowanie nie jest z tym najlepiej, szczególnie że jestem zaczytana w książkach o komizmie i innych powieściach, które kupiłam już w tym roku.
7. byłam na koncercie. I był zaj*bisty! 6 marca bawiłam się jak nigdy!
8. Gitara jest w moim pokoju. Pięknie wygląda. I to tyle na razie. A perkusja… Cały czas umawiam się z moim chłopakiem, żeby mnie poduczył.
9. Aishiteiru. Saranghae. :D
10. Chyba jakoś kocham mocniej. Ale moja wredna natura jest nad wyraz silna. To trudne.

Chyba tylko ja robię sobie rachunek sumienia. Chyba przez to, że niedawno miałam urodziny i najwyższa pora jeszcze przed ćwierćwieczem pomyśleć o samodoskonaleniu siebie. Muszę zrobić zdjęcia do dyplomu. I znów poćwiczyć z Chodakowską. A Boże Kłamstwa… Gdy teraz w szczególności powinnam pisać pracę dyplomową, dobrze pisze mi się książkę.

Obrazek 1

Ach ten Word. Naprawdę nie masz w słowniku tych imion/nazwisk?

 

 

Modyfikacje

Znowu miałam zastój. Dobry miesiąc w ogóle nie zaglądałam do Bożych Kłamstw Ale w końcu znalazłam troche czasu, żeby wziąć się za jeden fragment, nad którym myślałam długo i często. Nie jest on bardzo istotny, choć jest zapowiedzią pewnych, przez niektórych niepożądanych zdarzeń. Wprowadza zresztą nowych bohaterów, nieznacznie przedstawia ich podejście do życia i do świata. Jak myślę o tym, widzę, jak niedługi fragment, nieco dłuższy niż strona, może być nasycony niuansami dotyczącymi charakterów i osobowości postaci.

Idac za ciosem, udało mi się nawet dokończyć dwa rozdziały. Nie wymagały one wielkiego nakładu pracy, jednak musiały sobie trochę odczekać, by nabrać ostatecznej formy.

  

Tak bardzo bym chciała, żeby cała książka miała ostateczny wygląd. Uwielbiam tworzyć i udoskonalać, ale nawet jak się to uwielbia, to trzy lata wydają się kupą czasu. Im bardziej wydłużam ten czas, tym bardziej męczące się to staje. Mam nadzieję, że naprawdę wszystko zmierza ku końcowi.