artykuł

Czarne charaktery

Za równo w realnym życiu, jak i w książkach lub filmach oprócz głównego bohatera jest czarny charakter. Jak przystało na przeciwnika dobra uprzykrza on życie i próbuje pokrzyżować plany głownej postaci i wszystkich, którzy stoją po jej stronie. Mam tutaj na myśli antagonistę, który może ukazywać się pod różnymi postaciami i w skrócie być jak wrzód na tyłku.

Ile jest typów antagonistów, trudno stwierdzić, choć mówi się, że zaledwie cztery. Doszukałam się strony, która je wymienia. Jednak chyba czegoś mi brakuje pośród ich opisów. Mniejsza z tym. Zastanawiałam się bowiem, jakich antagonistów mogę wyróżnić w mojej książce. Ilu ich jest? Czym się różnią? Tak, to bedzie temat tego niezobowiązujacego tekstu. Choć może najpierw chwila teorii.

4 typy

Mamy więc system, który stoi na przeciwko naszego… bohatera (powiedzny Julia*). Jest to zło wynikające z przekonań, kierujace się dobrem społeczności, nie znające indywidualizmu i ustanawiające swoje własne reguły, z którymi, nie trudno się domyślić, CGI musi walczyć.

Dalej jest czyste zło, które niezależne od wszystkiego podąża swoją ścieżką, swoimi ideałami i za wszelką cenę chce zdobyć panowanie i zwyciężyć batalię, choćby miał być ostatnią osobą we wszechświecie.

Szary antagonista to taka sprowadzona na złą ścieżkę postać, która nie do końca staje na przeciw Julia, ale z pewnych wzglądów nie potrafi odseparować siebie od tych, którzy wkładają mu do głowy swoje ideały. Jest zwodzona albo i sterowana przez innych. Jednak gdy się ocknie, okazuje się postacią zagubioną i wcale nie chcącą niszczyć.

Na końcu widnieje wewnętrzne zło, które targa Juliem. Są to burzące się wewnątrz bohatera przekonania, cechy charakteru lub jego drugie ja, które próbuje przejąć władzę nad ciałem lub umysłem.

Boże Kłamstwa

Jak się zastanowię nad moimi czarnymi charakterami, to mogę powiedzieć, że wszystkie typy są obecne.

Główny bohater nie ogranicza się do jednej osoby. U mnie jest to grupa, która należy do jednej wspólnoty, że tak to nazwę. Przeciwko nim staje „opozycja”, która ma swoje zasady i która chce przejąć władzę.

Nie wszyscy jednak są czarni lub biali ani w jednym, ani w drugim obozie. Jednostki również walczą między sobą, mają różne interesy, głównie związane z ich historią, która odbiła na nich piętno. Ci po dobrej stronie mogą być trochę źli, a ci po złej trochę dobrzy. Tu następuje wewnętrzny konflikt, szczególnie że moi bohaterowie, będąc po danej stronie, powinni być całkowicie jednobarwni. Jednak nie każdy z nich czuje bezgraniczną przynależność do swojej społeczności. Niejednokrotnie zdarza się, że bohaterowie odnajdują w sobie sprzeczne emocje, z którymi walczą lub którym się poddają.

Wielu z nich jest również bardziej szara. Przejęli zasady poprzez wychowanie lub wpływ innych, silniejszych. Po dojrzeniu drugiej strony medalu, zaczyna zastanawiać się nad swoimi poczynaniami i być może zmienia je.

Prawdziwych czarnych charakterów jest trzech, o ile o nikim nie zapomniałam. Główny zły i jego dwaj poplecznicy, którzy również są przesiąknięci chęcią mordu i nie zamierzają tego zmienić. Po prostu im się to podoba. Daje im to siłę i napędza. Są nakierowani na śmierć.

Od zera do bycia złym

Sama zadaję sobie pytanie, po co aż tyle złych postaci i tyle zmian frontów, i tyle różnic w charakterach? Czy ja się w tym nie gubię? Czy nie łatwiej stworzyć jednego porządnego złoczyńcę? A czy wtedy byłoby ciekawie? Czy ten tekst miałby sens, gdybym miała opowiedzieć tylko o jednym czarnym charakterze? Czy cała książka pokazywałaby coś więcej niż tylko starcie dobrego ze złym? No pewnie nie.

Wiele postaci, wiele zmian, wiele przeistoczeń jest po to, aby lepiej mi się pisało i żeby potem komuś lepiej się czytało. Sama jak czytam, co napisałam, wkręcam się w opowieść jak zwykły czytelnik, jestem zafascynowana i chcę więcej, więc chyba nie ma potrzeby tego zmieniać.

* Julio (Hulio) – nazwałam tak przykładowego bohatera, żeby było szybciej

Reklamy
artykuł, książka, pisarstwo

Od początku mojego pisarstwa

Nie znam za dużo historii, jak i od kiedy piszą znani i lubiani pisarze. Ale nie o nich mowa. Zastanowiłam się nad tym, jak dawno temu sama zaczęłam pisać i nie pamiętam dokładnie, ale było to we wczesnym dzieciństwie.

Mogłam być w przedszkolu, kiedy brałam tonę zabawek ze sobą i tworzyłam ich historie pod stołem w salonie. To pewnie był jakiś początek…

Potem pamiętam jak rysowałam… coś na wzór komiksów. Ale nigdy nie miałam wybitnego talentu do rysowania. Pewnie dlatego porzuciłam pomysł rysowanych opowieści. Nawet jeśli rysowanie wychodziło mi lepiej niż większości dzieci w moim wieku.

Z czytaniem szło mi bardzo trudno. Siadałam pod okiem mamy i czytałam. To była katorga. W końcu pod wpływem innych już dobrze i chętnie czytających, sama zaczęłam chwytać za książki. Pewnie pierwszymi poważnymi była seria Pottera. Choć przypomina mi się, jak byłam w sklepie z rodzicami i chcieli mi kupić Kamień filozoficzny, a ja powiedziałam „Nie!”. Zabawne, bo rok później wszyscy szaleli na jego punkcie. I ja również z zapałem czytałam nowe wydane tomy.

Parę lat później czymś niezwykle ciekawym okazała się muzyka. Zaczęły docierać do mnie gitary i perkusje, więc jedyne, co zostało to słuchanie porządnego rocka. Sama nie zaczęłam grać na żadnym instrumencie, no może trochę na gitarze, choć zawsze wolałam bębny. Dla mnie jednak ciekawsze było pisanie własnych tekstów piosenek. To był wiek wielkich przemian fizycznych i psychicznych w moim ciele, i szczególnie zaczynałam opisywać swoje emocje.

Po jakimś czasie popularne stały się fora internetowe. Wtedy już prawie byłam wyjadaczką wśród piszących internautów. Forum, do którego należałam zajmowało się właśnie pisaniem. Wrzucaliśmy na nie nasze opowiadania, ale i wiersze.

Wiersze były na pewno szybsze, więc trochę lepiej się je pisało. Teraz już rzadko piszę utwory liryczne, co nie znaczy, że w ogóle. Raz na jakiś czas w przypływie wylewności napiszę kilka kleistych się zwrotek, które mają jakikolwiek sens. Ale wtedy to były jedne z głównych utworów, jakie pisałam obok opowiadań.

Na forach nie tylko wstawialiśmy swoje teksty, ale również je ocenialiśmy. Zażarcie mówiło się wtedy o konstruktywnej krytyce. Niektórzy byli tak zwaną betą – czyli osobą, która czytała takst pod różnym kontem i opierając się na przykładach, opisywała swoje spotrzeżenia, również od językowej strony. Ja uwielbiałam to robić. To był ten czas, kiedy byłam bardzo zafascynowana językiem polskim, to znaczy był to początek mojej przygody.

To musiał być okres gimnazjum. Wtedy oprócz forów były jeszcze blogi, znacznie popularniejsze niż teraz. Portali, na których zakładało się blogi, było w sumie niewiele, ale samych blogów było na pęczki. W moim gronie najpopularniejsze były typu fanfiction, głównie o tematyce potterowskiej. Sama założyłam Myślodsiewnię Severusa Snape’a. Jak teraz ją wspominam, pamiętam, że miałam wielu czytelników i, nie chwaląc się, pisałam o czymś innym niż większość. Byłam z niej naprawdę dumna. Nie wiem, kiedy to wszystko się zmieniło i skończyło.

W czasie liceum chyba rzadziej pisałam. Było dużo nauki i wszytko zaczęło być poważniejsze. Ale na pewno w którymś momencie przeczytałam „Portret Doriana Greya” i to był początek mojej inspiracji. Postanowiłam, że napiszę książkę. Napisałam trzy rozdziały i gdzieś pomysł przepadł, choć potem jeszcze wracałam do tego utworu. Mam go nadal na pendrive’ie i myślę, że kiedyś do niego zajrzę.

A propos powrotów, na studiach znowu pisałam teksty piosenek i nie pamiętam, w którym momencie wróciłam do Myślodsiewni. Reaktywowałam ją. W sumie założyłam nowego bloga i przerabiając stare rozdziały, od nowa prowadziłam tamtą opowieść. Szybko jednak zdałam sobie sprawę z tego, że stare czasy nie wrócą, a popyt na fanfiki zwyczajnie umarł.

W międzyczasie parałam się okazjonalną edytorką, byłam na stażu korektorskim i pomagałam paru osobom przy ich tekstach – różnego rodzaju.

W końcu jednak przyszedł czas na ten najpoważniejszy utwór. Jako fanka fantastyki nie mogłam sobie odpuścić. Pod wpływem różnych książek i filmów zaczęłam pisać Boże Kłamstwa. To trwało chyba 2. i 3. rok studiów, kiedy od początku do końca napisałam pierwszą wersję pierwszego tomu. I trochę na tym przystanęłam. Oczywiście rozpoczęłam również ten blog, co pomogło mi w jakimś stopniu kontynuować pracę, ale też nie za długo.

Po ostatnim wpisie z 2016 roku próbowałam czasem coś poprawić i napisać np. recenzje (mam kilka zapisanych szkiców), ale aż do teraz nic z tego poważnego nie wyszło. Może to naprawdę będzie drugi początek mojego pisarskiego życia. Jak spojrzałam tak wstecz, przykro byłoby zostawić taką barwną historię za sobą bez kontynuacji.

P.S. Zawsze, jak do tej pory obrazki biorę z Internetu, głównie z Pinteresta.

artykuł, pisarstwo

Pisanie każdego dnia

„Pisanie każdego dnia” – tak miało być. Jak założyłam bloga, pisałam codziennie: w domu, na uczelni, na przystanku autobusowym, w metrze, na kawie, przy obiedzie, przed snem, po obudzeniu się. I gdzie to przepadło?

Miałam wtedy dużo weny, dużo natchnienia i chęci do klepania w klawiaturę lub używania długopisu na jednym z tysiąca zeszytów, które miałam w domu. Teraz od dobrego roku nie napisałam ani zdania opowiadania lub książki. Naprawdę jest mi przykro. Bardzo się opuściłam. Wczoraj pisałam o tym, że zapomniałam, jak ważne to dla mnie było, ile radości mi to sprawiało. Teraz nie mam weny, ale…

Przeczytałam właśnie artykuł Dzień z życia pisarza na stronie lekturabowiązkowa.pl. Miło się go czytało. Był konkretny i prosty w odbiorze i bardzo mnie wciągnął. Nie weryfikuję w nim prawdy, bo ma on dla mnie głębszy sens. Artykuł został opublikowany półtora roku temu i gdybym wtedy go przeczytała, to pewnie dzisiaj nie byłabym na siebie taka zła, że odrzuciłam pisanie na długi czas. Cytuję:

Lew Tołstoj uważał, że prawdziwy pisarz pisze codziennie. Nawet, jeżeli nie masz pomysłu na tekst powinieneś pisać, bo inaczej wypadniesz z rytmu. I choć można się z Tołstojem nie zgadzać, to z doświadczenia wiem, że nie sztuką jest pisać, kiedy wszystko układa się zgodnie z planem. Jesteśmy szczęśliwi, wypoczęci, mamy pomysł. Sztuką jest pisać, gdy cały świat próbuje zrobić wszystko, abyśmy nie napisali nawet jednego słowa. Zresztą z podobnego założenia wychodzi Stephen King, który również stara się pisać codziennie. Pisarzem bowiem się jest ciągle, a nie bywa, gdy w końcu odwiedzi nas natchnienie.

Tutaj popełniłam błąd. Nie powinnam była przerywać pisania. Nawet jeśli zajęłam się innymi ważnymi rzeczami, to powinnam poświęcać parę minut na napisanie czegokolwiek. Dzięki temu teraz pewnie wreszcie byłabym zadowolona z książki. A tak to stanęłam w martwym punkcie.

Hilarious – tak bym to określiła. Co w sumie jest przykre. I wcale nie polepsza sytuacji. Jednak czuję się nieco mądrzejsza. I może to sprawi, że znowu zacznę nazywać siebie pisarką, chociaż odrobinę.

artykuł, pisarstwo

Droga w nieznane

Wiatr potrząsa niestudzenie tysiącem liści, a ja siedzę w tym pociągu do… niby znam drogę, ale co mi to przyniesie?

Pogoda zmienia się z każdą minutą. Na szczęście robi się coraz cieplej i jaśniej. Z rana było 9 stopni. To za mało, nawet jeśli dzięki temu mogłam założyć nową piękną kurtkę. Nową obiektywnie, piękną subiektywnie.

Kiedy ostatnio pisałam? Nie pamiętam. To przykre, że wraz z wejście w poważną dorosłość zapomniałam, na czym kiedyś tak bardzo mi zależało.

Zastanawiam się, jak mam do tego wrócić. Nie mogę sobie tego postanowić. To musi się zadziać. Zupełnie samo. Brakuje mi tego teraz. Tych miejsc, które sama wymyśliłam. Tych ludzi, których sama stworzyłam. Tych sytuacji, które sama obmyśliłam. Tych emocji, które sama czułam.

Słońce wpada do pomieszczenia, ogrzewając mnie od czubka głowy po palce stóp. Ale co to zmienia? Może to, że po prostu teraz piszę.

Potrzebowałam oderwania od rzeczywistości, która trochę za bardzo mnie przytłoczyła. Która trochę za mocno kazała mi trzymać się ziemi i myśleć logicznie. Ja tego nie potrzebuję. Nie chcę co dzień robić tylko poważnych i jednotorowych rzeczy i zatracać fantazję.

Czuję, że nadchodzi czas, kiedy pisanie zaczyna być znowu istotne. Kiedy zamykam oczy i czuję, że to jest to. Kiedy idę ulicą i czuję, że brakuje mi kartki i długopisu, żeby napisać kolejny rozdział.

Zamykam oczy i widzę bohaterów, których los zależy ode mnie. Zapomniałam o nich. A przecież nadal żyją i mają się świetnie. Tylko nie mogą się nigdzie ruszyć.

To jest chyba mój wewnętrzny plaks w twarz, żeby na powrót układać litery tak, jak tego chcę. Dziękuję.

artykuł, recenzja

Crimson Peak

W sercu młodej pisarki (Mia Wasikowska) miłość do przyjaciela z dzieciństwa (Charlie Hunnam) walczy ze zniewalającym uczuciem do tajemniczego arystokraty (Tom Hiddleston). Kiedy w jej rodzinie zdarzy się tragedia, Edith trafia do mrocznej posiadłości, w której ścianach musiało zdarzyć się wiele zła. Ten dom oddycha, krwawi i… pamięta.

Crimson Peak. Wzgórze krwi to wspaniała gotycka opowieść, stworzona przez mistrza mrocznych historii, Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Hellboy, Pacific Rim).

Na broszurach o filmie Crimson Peak dostępnych w Multikinie można było przeczytać powyższe słowa. Mało informacji, ale mogą zainteresować. Fakt gotyckiej opowieści może przyciągnąć, tak jak i nazwisko reżysera, bo kto oglądał Labirynt Fauna, wie, co może się wydarzyć. (Szkoda, że ten tytuł jak i kolejne dwa nie są zapisane kursywą lub wzięte w cudzysłów.) Jednak obawiam się, że to odtwórca Lokiego jest głównym punktem zainteresowania filmem niejednej osoby. Nie powiem, mnie również przyciągnął miedzy innymi właśnie ten fakt.

Więc czy sama opowieść faktycznie jest taka wspaniała? Na pewno chciałabym ujrzeć ją w formie papierowej. Chętnie przeczytałabym scenariusz. Ale też z przyjemnością jeszcze raz obejrzałabym ten film. Nie należy on do gatunku hollywoodzkiego, który będzie wbijał w fotel wybuchami, ani do horrorów typu The Ring lub Klątwa (choć skojarzenia czasem miałam jednoznaczne). Jest to, owszem, film, w którym duchy odgrywają ważną rolę, ale akcja nie rozwija się w zastraszającym tępie jak na kolejce górskiej. Jest to raczej historia przypominająca mi spokojne brytyjskie produkcje dotyczące XIX w. Wszystko dzieje się powoli, ze szczegółami; przedstawione detale mają swoje znaczenie. Do sedna sprawy dochodzi się dopiero na samiusieńkim końcu. Finiszu można się jedynie domyślać (z dość owocnym skutkiem). Nikt nie ujawni tajemnicy, zanim nie dojdzie do kulminacji i ostatnich piętnastu minut.

Prawdą jest, że film może nudzić tych wychowanych na Jamesie Bondzie lub Terminatorze. Co jakiś czas pojawiają się krwiste duchy, które nawiązują do całego znaczenia Crimson Peak. Duch matki głównej bohaterki przestrzega ją przed tym miejscem długo przed tym, zanim w ogóle do niego trafi. Swoją drogą nawet ta zjawa nie przypomina białych, falujących duchów, kochających swoich żyjących bliskich. Wszystkie straszydła są dość straszne i przesycone turpizmem. Choć gdy się pojwiają mogą wywołać uśmiech, ale to już bardziej kwestia jakiegoś zaniedbania lub za małego dystansu reżysera do całego filmu, przez co powstawała pewnego rodzaju groteska.

Ogólnie charakteryzacja i kostiumy wywarły na mnie ogromne wrażenie. Dom Crimson Peak również był przepiękny w swojej tajemniczości, grozie i ponurości. Z wielką dziurą w dachu i tak był zachwycającym wiktoriańskim pałacem. Gra światłem niwelowała wszelkie wątpliwości, jakoby był to jedynie plan filmowy, wyglądał raczej na żywy organizm cierpiący tak samo jak jego mieszkańcy.

Muzyki w filmie mogłabym słuchać jak ulubionych zespołów – po prostu z pełnym uwielbieniem. Co prawda, bliżej im do koncertów fortepianowych Chopina niż do aktualnej muzyki rozrywkowej, ale takie są te filmowe piękne utwory. Pośród tego, co wpadało w oko, ta muzyka wpadała w ucho i zasklepiała się na długo.

Cała historia nie była jedynie zlepkiem scen z Mią Wasikoską i Tomem Hiddlestonem wokół krwiście szkarłatnych duchów. Była to opowieść o makabrycznej i szalonej miłości, o dążeniu do marzeń i walki z przewrotnym losem. Całość oplatały glina, rozpacz i chęć lepszego życia. Wszystko opierało się na kontraście: szczęśliwe życie w rozpadającym się domu, jasna cera i blond włosy łączyły się z czarnym duchem, boleśnie biały śnieg i ta czerwona glina, a później także krew. Co więcej, ostatnie słowa bohaterki przedstawiały, kim są rzeczywiście mary z zaświatów. Były to postacie z jakąś historią, taką, która przykuła ich do ziemi i nie chciała puścić. Taką, która każe im żyć wiecznie. Jednak to nie oni chcieli pozostać na świecie, to żywi bohaterowie w podświadomości pragnęli pozostawić po sobie ślad. Te oto prawidła pokazują przenikanie się światów, siłę przywiązania i bezwzględnej miłości. Nie są jednak receptą ani algorytmem na właściwe postępowanie. Każdy sam musi odnaleźć własną drogę.

artykuł, polemika, recenzja

Próby ognia

Ani trochę nie zdziwiło mnie to, że film miał z książką tyle wspólnego, co piernik z wiatrakiem. Bohaterowie w zasadzie ci sami, zamysł w zasadzie ten sam i tytuł też, jakby nie było, ten sam, ale wszystko wykonane w różny sposób od oryginału. Jednakże czy Próby ognia miały być kompletnym odzwierciedleniem powieści? Podobnie do pierwszej części, druga zachowuje podobny zarys fabularny, ale wiele scen, które były w tomie zostały usunięte bądź zmodyfikowane. Niejednego spotkania, niejednego zdania, niejednego zdarzenia zabrakło mi w filmie. Ale… Ale myślę, że dzięki temu film jest świeższy. Dobrze kontynuuje historię pierwszej części, Więźnia labiryntu.

Oglądając zwiastun tuż przed premierą filmu, nie spodziewałam się niczego niebywałego – raczej czegoś utartego, pomimo całkiem fascynującej fabuły książki. Obawiałam się, że wyjdę po emisji z rozczarowaniem na twarzy i z rozżaleniem, że seria, którą czytałam z zapartym tchem jak Harry’ego Pottera, będzie nie do zniesienia. Na szczęście zawiodłam się na moich przypuszczeniach. Oglądałam film z zainteresowaniem.

Z początku moje myśli zaprzątały obrazy, które wykreowałam sobie podczas czytania powieści, jednak szybko oddałam się filmowi, bo w końcu naprawdę nie ma sensu patrzeć na ten film przez pryzmat książki. Jedynie psuje się wtedy całą radość z oglądania, szczególnie że walorów ma naprawdę sporo. Wszelkie efekty komputerowe były niezwykłe. Było ich naprawdę wiele, co nie każdemu może się podobać, ale ja raczej jestem dzieckiem fantastyki i science fiction, wobec czego do mnie niejednokrotnie przemawiały.

Niektóre ujęcia były wręcz bajeczne, aż chciałabym zrobić sobie z nich tapetę na ścianę; jednym z nich był widok burzy hulającej nad bohaterami, kłębiących się czarnych chmur i iskrzących się błyskawic albo moment gdy bohaterowie stoją na szczycie zaspy piaskowej i słychać strzał – wszyscy zamierają.

Również charakteryzacja Poparzeńców wydała mi się bardzo przemyślana i przekonująca, tak samo jak widok zgliszczy, sypiących się budynków i mostów – można było wyobrazić sobie, jak majestatycznie wyglądały zanim zostały zniszczone.

Oczywiście nie da się mówić o tym filmie w samych superlatywach, jednak  również nie zamierzam się go za specjalnie czepiać. Czasem gra aktorska mogłaby być bardziej dopracowana. Mam wrażenie, że zapadnięte policzki i otwarte usta Dylana O’Briena to trochę jak stoicka twarz Kristen Stewart. Czy tylko ja mam wrażenie, że z tego chłopaka dałoby się coś więcej wycisnąć? Nawet mój faworyt, Thomas Brodie Sangster, ukryty gdzieś za wszystkimi, pokazał tylko tyle, jak się ucieka, strzela i żegna z przyjacielem, ale już wolę tę ścieżkę niż emocjonalną grę, która nie zakończy się niczym dobrym.

Podobnie scena, w której Brenda i Thomas uciekali przed Poparzeńcami, w pewnym momencie wydała mi się naciągana. Dziewczyna spadła na szybę, która zaczęła pękać pod jej ciężarem, ale jak dodatkowo znalazł się na niej zombie, to jakoś dziwnie stabilnie się trzymała i pękła dopiero, gdy Thomas porządnie w nią przywalił.

Powracając do pozytywów tej produkcji, nie sądziłam, że uruchomi ona we mnie pełną gamę uczuć. Choć od pewnego czasu jestem podatna na emocje, to nie spodziewałam się, że zacznę płakać. Jeden moment, gdy Thomas wspomina o Chucku, sprawił, że serce zaczęło mi się krajać, a łzy pociekły jak Wisła z Baraniej Góry.

Śmiech również mnie nie opuścił, ale miałam wrażenie, że na sali było słychać tylko mnie i mojego towarzysza. Zawsze mam takie przemyślenia, gdy jestem w kinie i zastanawiam się, czy ludzie nie potrafią się bawić w takim miejscu. Przecież zabawnych scen było kilka.

A przerażenie? Wzdrygnęłam się nieraz, głównie wtedy gdy Poparzeńcy pojawiali się znikąd. Pełna cisza na sali i nagle coś zaczyna się drzeć i po tym widzisz zakrwawioną mordę bez oczu albo w ogóle bez połowy twarzy, która mogłaby określić, kim kiedyś był ów atakujący popapraniec.

Do głowy przychodzi mi pytanie, które zadawałam sobie przy okazji pisania recenzji o Więźniu labiryntu: Czy lepiej było obejrzeć film zanim przeczytało się książkę? Myślę sobie teraz, że wcale, bo przez to, że film nie jest w pełni wierną adaptacją oryginału, jest ciekawą kontynuacją filmowej pierwszej części, która przecież również nie była w pełni odwzorowaniem powieści. Myślę, że w takiej formie w jakiej są filmy, dobrze się ze sobą komponują. Oczywiście odbiegają od trylogii, ale tworzą nowszą serię, która dostarcza nowych pytań i nowych odpowiedzi, która nie powiela, a skłania do zaciętych dyskusji. Sądzę, że można uznać to za sukces tych filmów. Żaden pewnie nie otrzyma Oscara (choć efekty mogłyby być nominowane), ale z pewnością w pamięci pozostaną.

artykuł, komentarz, recenzja

ITPlanet E-Sport Masters 2015

Imprezy gamingowe, inaczej po polsku growe, zaczynają promieniować. Dają kopa niczym postaci z Mortal Kombat. Jak wiele mogą pokazać? Jak wielu graczy może się pokazać? ITPlanet przedstawiło się na pewno ze znakomitej strony. Cała ekipa pracowała jak mrówki, żeby cały event zakończył się sukcesem. Organizacja stała pod znakiem zakręconego Jacka i pokręconego Marcina. Wszędzie było ich pełno, tak jak i innych współtwórców.

Wydarzenie objęło ponad tysiąc osób, co jest całkiem imponującym wynikiem jak na nieduże miasto, Lubin. To znacznie więcej niż wynik pierwszego PGA. Chłopcy, chłopcy i cały czas więcej chłopców. Dziewczyny zasilały bardziej szeregi helperów niż uczestników. Właściwie to nic dziwnego – cały czas odsetek pań grających w gry komputerowe czy wideo jest mniejszy niż panów.

Cała impreza ulokowała się w Centrum Kultury Muza, w której zakamarków jest więcej niż w labiryncie, a komputerów więcej niż w centrum dowodzenia. Impreza e-sportowa musiała pokazać się z jak najlepszej strony i zafundować uczestnikom moc atrakcji, a także odpowiedni sprzęt. Swój wkład miały m.in. firmy Samsung, LG i Modecom.

Stanowisk z konkretnymi grami było kilka, np. te z League of Legends, osu!, Starcraftem czy Heartstonem i FiFĄ. Symulatory, Wormsy czy inne niszowe gry również były dostępne na evencie. Nawet dostrzegłam kogoś grającego w Spore’a, w którego sama bym zagrała, bo nie robiłam tego ze trzy lata.

Zorganizowano prelekcje oraz wywiady i inne atrakcje. Można było wziąć udział w panelach takich jak ten o tworzeniu gier, o tworzeniu efektów dźwiękowych, o symulatorach prowadzony przez Wujka Bohuna oraz o cyberpunku przedstawionym przez Fikusa.

Obrazek 6

Wstęp wolny był również na wywiady z GoldSeven i Beshi, z Fikusem, Yoshim, Złym Maćkiem i DraqDrasem, z Wujkiem Bohunem oraz z TasteOfNovember. Pytania dotyczyły głównie YouTuba – co raczej nie dziwi – początków kariery, subów, lajków i hejtów oraz ogólnie życia w Internecie, jak i poza nim.

Obrazek 5

Pomysłowe było również zaprezentowanie filmu Need for Speed oraz przedstawienie gry Surval. Przez cały ESM uczestnicy mieli możliwość trochę przetestować tę grę, a także zostawić swoją opinię na temat grafiki, dubbingu i ogólnej prezencji gry, czy się podobała czy nie.

Kolejną zabawą, cieszącą się ogromnym zainteresowaniem był konkurs cosplay. Lekkie opóźnienie oraz małe problemy techniczne nie zaważyły na sukcesie całego przedsięwzięcia, choć niektórym przysporzyło stresów. Jurorkami były Andrasta, Atai i Margaret, natomiast prowadzącą Madlencia. Stroje wszystkich cosplay’erów były imponujące. Prezentacje – jedne lepsze, drugie najlepsze. Najważniejsza jednak była atmosfera.

Obrazek 7

Poza luźnymi atrakcjami miały miejsce także turnieje Counter Strike’a i League of Legends, odbywające się na głównej sali oraz mniejsze, ale nie mniej znaczące, turnieje w Wormsy czy Hearthstone’a.

Obrazek 8

Innym przyjemnym punktem dnia był Red Bull. Akurat gdy poczułam spadek ciśniania on wbił na imprezę jak byk na arenę. Wtedy pierwszy raz go wypiłam. Przeraził mnie fakt, że naprawdę mi zasmakował.

image

Niesamowite wrażenie wywarł na mnie Wujek Bohun. Pierwszy raz miałam z nim do czynienia. W zasadzie dzięki temu wydarzeniu dowiedziałam się o jego istnieniu i naprawdę cieszę się, że miałam okazję słuchać z nim wywiadu i opowieści o symulatorach. Człowiek jest ogromnie otwarty, inteligentny, szczery i uczuciowy. Faktycznie pasjonuje się tym, co robi. Bardzo pogodny, spokojny, uśmiechnięty. Wydaje się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

Obrazek 4

Miałam również okazję zapoznać się bliżej z Fikusem, Złym Maćkiem, Yoshim i DraqDrasem. Kompania z piekła rodem, ale jak sami mówili YouTube to piekło. Jednak kto nie ryzykuje, nie zyskuje. Są to naprawdę pozytywne chłopaki, z którymi nie da się nudzić.

Nie mogę zapomnieć o samych organizatorach, pomysłodawcach i helperach. Każda osoba, która choć trochę zaangażowała się w tworzenie eventu zasługuje na najwyższe laury! Jeżeli pierwsza edycja pokazała, co to rzeczywiście są fajerwerki, to kolejne mogą być tylko lepsze. Prawdziwych emocji nigdy się nie zapomina, a E-Sport Masters 2015 było jak narodziny czegoś, co zawładnie i pokieruje przyszłością.

* * *

Zachęcam wszystkich serdecznie do odwiedzenia strony ESM oraz Centrum Kultury Muza, a także do obejrzenia cudownych relacji z eventu panów Fikusa, Złego Maćka, Yoshi’ego oraz DraqDrasa.

Ponadto warto też odwiedzić galerię zdjęć Kristos Foto. Świetne fotografie na miarę mistrzów.

Mam nadzieję, że zarówno relacje, zdjecia, jak i samo zapoznanie się z organizacją pozwolą na podwojenie sukcesu ITPlanet. 2016 rok przed nami!