Dobre czy złe zakończenie

Zadałam sobie ostatnio pytanie, czy wolę czytać książki, które kończą się w pozytywny, optymistyczny szczęśliwy sposób czy jednak te ze smutnym, złym zakończeniem. Patrząc na to, że książek ze złym zakończeniem jest jak na lekarstwo, trudno jest przeczytać ich na tyle dużo by móc porównać te dwa obozy. Właściwie patrzenie na to, co jest dobre a co złe, to dość indywidualna kwestia. Dla mnie kieskie było to, że Harry Potter przeżył, ale czy samo zakończenoie było złe?

Zadaję sobie to pytanie, ponieważ wciąż nie wiem, jakie będzie zakończenie książki, którą piszę. Albo raczej trylogii, którą piszę – pierwszy tom zna już swój koniec. Mogę zdradzić, że różnie można na nie spojrzeć. Bohaterowe „wygrywają” i „przegrywają”.

A właśnie to jest zastanawiające w zakończeniu. Czy czytając książkę, myślimy o zakończeniu, odnosząc się do siebie czy do bohaterów powieści?

Każdy człowiek ma własne wyobrażenie szczęścia i nieszczęścia. Wszystko zależy od naszych doświadczeń i pragnień. I wszystko zależy też od gatunku utworu. Wyobraźmy sobie romans zakończony tragicznie. Nie nastraja on nadzieją i radością. A przecież zakończenie romansu jest tylko jedno – Żyli długo i szczęśliwie. Kryminał kojarzy się raczej realistycznie, ale też pragniemy bardziej rozwiązania zagadki i ukarania zbrodniarza niż wymknięcia się go stróżom prawa, bo wtedy sprawiedliwość nie miałaby żadnego znaczenia. Musi być zachowana równowaga w przyrodzie.

Kiedy myślę o zakończeniu mojej książki, myślę o moich bohaterach, co będzie dla nich dobre, czego się nauczą, czego doświadczą, czy będą szczęśliwi, czy będą realistyczni. Najbardziej nie lubię, kiedy utwory fikcyjne nie są „realne”, nawet będąc zbudowane na gruncie czystej wyobraźni, kiedy świat rzeczywisty nie mógłby istnieć i tak samo bohaterowie nie mogliby żyć w naszym świecie. Cała fabuła musi być dostosowana do realiów danej rzeczywistości i jej praw egzystencjalnych. Wobec tego, co znaczy dobre/złe zakończenie?

A może tak naprawdę książka nie powinna mieć zakończenia…

Reklamy

Pisanie po serialu

Niesamowite. Myślałam, że zapał i Wen opuścili mnie na zawsze, ale jednak mieliśmy jakiś zgrzyt w naszym długoletnim związku.

Niedawno zaczęłam nałogowo oglądać popularne seriale. Flash. Arrow. Daredevil.  Niedawno postanowiłam wziąć się za Shadowhunters, choć po porażce ekranizacji bałam się, co zastanę. Czy to będzie kolejny niewypał i płacz w poduszkę, że naprawdę nikt nie umie nakręcić porządnych Darów Anioła? Czy może szczęście będzie po ich stronie?

Cóż pierwsze trzy tomy serii autorstwa Cassandry Clare przeczytałam nie raz. Nie są wybitną literaturą, ale wystarczy mi, że wciągnęły mnie w akcję. I choć bardzo sceptycznie, to miałam nadzieję, że serial też nie pozwoli mi odejść, dopóki całego nie obejrzę.

Otóż, jak na razie czekam na ostatni odcinek pierwszego sezonu. Nie pałam wielką miłością do całości, która mocno różni się od książek (z czego tym razem się cieszę), ale niektóre postacie są tak cudowne, że dla nich jestem w stanie obejrzeć choćby najnudniejszą scenę. I jak to pieknie powiedział Magnus Bane do Aleka: You unlock something in me. Więc zaczęłam znowu pisać! (Szkoda, że nie magistra.)

Najpierw postanowiłam, że w końcu przeczytam sobie całość. W trakcie czytania dostrzegłam niespójność w rozdziałach. Napisałam coś w piątym, a z siódmego wynika, że tego nie było albo powtarzałam niektóre sceny. I tak w kółko. Męcząca sprawa, ale chyba się cieszę. Przynajmniej znów widzę światło.


Chyba wychodzę od tego samego wniosku. Jeśli coś brzmi jakby było napisane, przerabiam to. Brzmi prosto. Ale nie zawsze łatwo jest coś przerobić. Pisanie wymaga naprawdę ogromnego dystansu. I trudno go osiagnąć, gdy chce się jak najlepiej dla swoich bohaterów. Ja moich prawie wszystkich kocham. Z jednym wyjątkiem, którego nie cierpię i paroma postaciami w stosunku, do których mam sadystyczne zapędy.

A na podsumowanie dowód, że pisanie jest bardzo proste!

Samodoskonalenie

Wreszcie  postanowienia noworoczne zaczynają się iścić. W języku angielskim jest taka ładna fraza: Dreams come true. – Marzenia stają się prawdą. Nasze iścić też jest odpowiednie – urzeczywistniać się. So… my dreams come true nowadays. Czuję ogromną satysfakcję.  Połowa jest nadal nie ruszona, ale druga połowa. Pierwszy raz mi się udaje.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

1. Jeszcze nie wysłałam, ale nie odpuszczę!
2. Już prawie schudłam 10 kilo, dokładnie 8 kg. To naprawdę dużo. Nie byłam nigdy jakoś bardzo gruba, ale szczupła też nigdy nie byłam. Zwykle mieściłam się w rozmiarze 40-42. Dwa lata temu doszło nawet do 44. Wtedy przystopowałam. Teraz 40 to norma, a zaraz mam nadzieję założyć spodnie r. 38.
3. Obronę będę miała pewnie w październiku. Do 30 września mam oddać pracę. Oczywiście, że nie jest skończona. Ale w ciągu miesiąca zrobiłam więcej niż w ciągu ostatniego roku, kiedy to powinnam pisać chociaż część teoretyczną.
4. Na wakacje raczej nigdzie nie wyjadę za granicę, chyba że tak na last minute. Byłam już w Krynicy Górskiej. To prawie jak być na Słowacji. Może da się to jakoś podciągnąć.
5. Uuu, nadal nie wychodzi, ale staram się i w końcu się uda.
6. Zdecydowanie nie jest z tym najlepiej, szczególnie że jestem zaczytana w książkach o komizmie i innych powieściach, które kupiłam już w tym roku.
7. byłam na koncercie. I był zaj*bisty! 6 marca bawiłam się jak nigdy!
8. Gitara jest w moim pokoju. Pięknie wygląda. I to tyle na razie. A perkusja… Cały czas umawiam się z moim chłopakiem, żeby mnie poduczył.
9. Aishiteiru. Saranghae. :D
10. Chyba jakoś kocham mocniej. Ale moja wredna natura jest nad wyraz silna. To trudne.

Chyba tylko ja robię sobie rachunek sumienia. Chyba przez to, że niedawno miałam urodziny i najwyższa pora jeszcze przed ćwierćwieczem pomyśleć o samodoskonaleniu siebie. Muszę zrobić zdjęcia do dyplomu. I znów poćwiczyć z Chodakowską. A Boże Kłamstwa… Gdy teraz w szczególności powinnam pisać pracę dyplomową, dobrze pisze mi się książkę.

Obrazek 1

Ach ten Word. Naprawdę nie masz w słowniku tych imion/nazwisk?

 

 

Modyfikacje

Znowu miałam zastój. Dobry miesiąc w ogóle nie zaglądałam do Bożych Kłamstw Ale w końcu znalazłam troche czasu, żeby wziąć się za jeden fragment, nad którym myślałam długo i często. Nie jest on bardzo istotny, choć jest zapowiedzią pewnych, przez niektórych niepożądanych zdarzeń. Wprowadza zresztą nowych bohaterów, nieznacznie przedstawia ich podejście do życia i do świata. Jak myślę o tym, widzę, jak niedługi fragment, nieco dłuższy niż strona, może być nasycony niuansami dotyczącymi charakterów i osobowości postaci.

Idac za ciosem, udało mi się nawet dokończyć dwa rozdziały. Nie wymagały one wielkiego nakładu pracy, jednak musiały sobie trochę odczekać, by nabrać ostatecznej formy.

  

Tak bardzo bym chciała, żeby cała książka miała ostateczny wygląd. Uwielbiam tworzyć i udoskonalać, ale nawet jak się to uwielbia, to trzy lata wydają się kupą czasu. Im bardziej wydłużam ten czas, tym bardziej męczące się to staje. Mam nadzieję, że naprawdę wszystko zmierza ku końcowi.

 

Sól i żar

Czuję się jak słup
kiedy tak siedzę czy stoję bezczynnie
Patrzę przed siebie
i widzę tyle co nic i jeszcze mniej a może wiecej
Spodziewałabym się że nadejdzie huragan
tu jest taka cisza
jak przed burzą
Napływa mętlik do głowy
To chyba to właśnie to
ten tajfun i ta wichura
O widzę mgłę skrapla się ale jakoś bardziej wygląda jak łza
Sól i żar najbardziej bolesne na ranie w sercu ale już nie o poranku

Czas robi swoje

Nowy Rok nastał. Każdemu zostało kilka dni, kilka tygodni czy kilka miesięcy, aby stać się znowu o rok starszym. Czas mija coraz szybciej i trochę zaczynam się tego obawiać. Jednak z drugiej strony cieszę się, bo mam coraz więcej doświadczenia w życiu.

Czas robi swoje. A ty człowieku?
Stanisław Jerzy Lec

 Skoro Nowy Rok się zaczął, trzeba ustanowić kilka postanowień.  Jak co roku pewnie większość odejdzie w zapomnienie. Mam jednak nadzieję, że pewną część uda się zrealizować.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

Życzę wszystkim wytrwałości, spokoju ducha i szczęśliwości. Pogłębiania swoich pasji i miłości. 2015 rok RULEZ!

ROZDZIAŁ 4

Miałam zamiar napisać o czym innym. Recenzję pewnej książki, ale zajęłam się czym innym. Poprawianiem czwartego rozdziału. Postanowiłam pokazać Wam niewielką jego część. Tylko pierwszy fragment, który bardzo mi się podoba i trochę wywraca wszystko do góry nogami. Enjoy :)

———————-

Marel nie spodziewał się, że tak przyjaźnie przywitają go na komendzie. Usadzili go na wygodnym krzesełku, podali wody i przywalili w twarz tak, że zalał się krwią. A więc po to ta woda… Blondyn natychmiast przepłukał rozcięte usta, wypluwając czerwoną zawartość do kubełka obok krzesła.
– To co, będziesz gadał? – Baargh nie przebierał w środkach. Albo mówiłeś prawdę, którą on chciał usłyszeć, albo dostawałeś w mordę.
– Nie zabiłem… – Nawet nie dokończył; otrzymał kolejny cios w żuchwę. Tym razem Marelowi pociekła jedynie krew z nosa. – O co wam chodzi? – zaciskał zęby. – Mówię, że nie zabiłem, to znaczy, że nie zabiłem. To on chciał mnie zabić!
Ponownie poczuł pięść Baargh na twarzy. Był już tym zirytowany. Wiedział, że na świecie są różni gliniarze – układni i brutalni. Ten był jednym z brudnych Harrych, był wstanie sięgnąć po wszelkie środki, aby dopiąć swego. Blondyn miał go już serdecznie dość.
– Posłuchaj, – policjant nachylił się, patrząc Marelowi prosto w oczy; prawie dotykał swoim nosem jego nosa – my wiemy, co się wydarzyło, tylko grzecznie prosimy cię, abyś się przyznał, wtedy kara będzie łagodniejsza.
– Jaja sobie robisz? – parsknął blondyn, prawie opluwając funkcjonariusza. – Łagodniejsza kara? Po tym, co teraz mi fundujesz? Chyba nie. Od kiedy to przesłuchiwanego tak grzecznie się prosi? To raczej znęcanie się i tortury.
– Do tortur jeszcze nie doszliśmy – zagrzmiał basem. – Zresztą chcemy tylko, żebyś wyjawił prawdę. Poważnie zależy nam na niskim wymiarze kary.
Marel miał dość tego gadania. Wiedział, że ktoś się z nim i nim bawi. Ponownie splunął krwią, tym razem trafiając tuż obok stóp funkcjonariusza.
Baargh spojrzał na Marela spode łba.
– Nie rusza mnie to. Możesz pluć na moje buty, ile chcesz. Potem je wyczyszczę. Ty jednak możesz mieć problem z wytarciem swojej buźki, więc uważaj. Jak mówiłem, do tortur jeszcze nie doszliśmy, a to moja ulubiona forma rozrywki.
– Jesteś chory – wysyczał Marel przez zęby.
– Być może. Ale raczej nikt mi nie pomoże. Tobie też nie, jeśli nie zaczniesz gadać.
– Dobrze wiesz, że nic więcej nie powiem. Nie zabiłem go i już. Po co tyle zachodu? Znęcanie się nade mną, tylko po to, by usłyszeć, że go zabiłem. Kim on był? Prezydentem w tanim przebraniu jakiegoś drecha? Nawet nie widziałem jego twarzy.
Baargh przyglądał się uważnie mówiącemu, jakby oglądał znakomitą sztukę teatralną. Zajął nawet miejsce na krześle na przeciwko niego, założył nogę na nogę i skrzyżował umięśnione łapy na piersi.
– Fascynujące – parsknął nagle. – Faktycznie, nie będę się już tobą przejmował. Co za różnica, czy się przyznasz czy nie. To twoje życie. To nie ja będę siedział dożywocie w ciupie.
Wstał i poklepał Marela po ramieniu, dopowiadając sarkastycznie:
– Miło było cię poznać.
Odwrócił się do więźnia i ruszył w stronę drzwi. Gdy chwytał za klamkę do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany w szary, prążkowany garnitur. Włosy miał krótko ścięte, przyprószone siwizną.
– Robercie, – zwrócił się do muskularnego policjanta niskim, szorstkim głosem – powinieneś się trochę przewietrzyć.
Baargh patrzył przenikliwie na przybyłego mężczyznę. W jego oczach widać było szacunek i przywiązanie. Skłonił się nisko, kiwnął głową i wyszedł lekko zgarbiony.
– Witam, jestem inspektorem generalnym, Almour Bridge – przywitał Marela miękkim głosem. – Przepraszam za mojego podwładnego. To debil i neandertalczyk. Ale cóż, czasem nam takich potrzeba. – Mówił dziwnie troskliwym tonem, zdecydowanie niewspółgrającym z jego wzrokiem. Jego oczy nic nie wyrażały. Patrzyły na Marela, jakby oglądały próżnię. Ale słowa były pełne opiekuńczości. Pewnie pozornej opiekuńczości.
Marel zaczął mu się badawczo przyglądać. Gdzieś widział tę twarz. Lekkie zmarszczki wokół oczu i ust. Bruzdy na czole. Mężczyzna mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Wiedział, że blondyn przygląda mu się uważnie, analizując, kim jest. Jakoś to wiedział. Uśmiechnął się lekko. Marel, zmieszany, odwrócił wzrok. Gdzie, do cholery, już go widział? Skąd, do diaska, go zna? Kim on jest? Myślał intensywnie, nie patrząc już ani razu na starszego pana.
Mężczyzna usiadł na krześle tak jak wcześniej Baargh. Marel wciąż na niego nie patrzył, widział go jedynie kątem oka.
– Czy coś nie tak? Ja ci nic nie zrobię. W przeciwieństwie do Baargha potrafię się hamować.
Blondyn nie był pewien, czy może mu wierzyć. Coraz bardziej w miłym głosie słyszał szyderstwo. Coraz intensywniej też myślał o tym, kim był ów człowiek. Znał go, jak nic go znał.
– Marelu, powiesz mi, jak to było dziś w nocy? Zamordowałeś tamtego mężczyznę? – zapytał spokojnie, nie unosząc głosu.
Więzień milczał. Nie skupił się na pytaniach. Nie wiedział, o czym ma mówić. Kim jesteś? Kim…?
– Marelu, – powtórzył – zamordowałeś tamtego mężczyznę?
Blondyn patrzył przed siebie. Nie słuchał inspektora. Cały czas analizował, skąd go znał.
Bridge, usłyszał gdzieś z tyłu głowy. Tak się przedstawił. Pieprzony Bridge… Przecież znał to nazwisko. Ale mogło być jak każde inne. Jednak Almour… Chwila… Chwila! Natłok myśli rozsadzał mu mózg. Przecież Almour Brigde… nie żyje… Spojrzał na posiwiałego mężczyznę. Zmarszczki i siwizna… Teraz tak wygląda. Kiedyś miał kruczoczarne włosy i gładką skórę. Ale to Bridge. Na pewno ten Almour Bridge… który nie żył…
Patrzył jeszcze przez chwilę na policjanta przed sobą. Do jego uszu dotarło w końcu pytanie o morderstwo.
– Nie! – wykrzyczał nagle, wyrywając się jakby z sennego koszmaru. – Nie zabiłem go! Ale… Ale widziałem, jak ty giniesz…