Próby ognia

Ani trochę nie zdziwiło mnie to, że film miał z książką tyle wspólnego, co piernik z wiatrakiem. Bohaterowie w zasadzie ci sami, zamysł w zasadzie ten sam i tytuł też, jakby nie było, ten sam, ale wszystko wykonane w różny sposób od oryginału. Jednakże czy Próby ognia miały być kompletnym odzwierciedleniem powieści? Podobnie do pierwszej części, druga zachowuje podobny zarys fabularny, ale wiele scen, które były w tomie zostały usunięte bądź zmodyfikowane. Niejednego spotkania, niejednego zdania, niejednego zdarzenia zabrakło mi w filmie. Ale… Ale myślę, że dzięki temu film jest świeższy. Dobrze kontynuuje historię pierwszej części, Więźnia labiryntu.

Oglądając zwiastun tuż przed premierą filmu, nie spodziewałam się niczego niebywałego – raczej czegoś utartego, pomimo całkiem fascynującej fabuły książki. Obawiałam się, że wyjdę po emisji z rozczarowaniem na twarzy i z rozżaleniem, że seria, którą czytałam z zapartym tchem jak Harry’ego Pottera, będzie nie do zniesienia. Na szczęście zawiodłam się na moich przypuszczeniach. Oglądałam film z zainteresowaniem.

Z początku moje myśli zaprzątały obrazy, które wykreowałam sobie podczas czytania powieści, jednak szybko oddałam się filmowi, bo w końcu naprawdę nie ma sensu patrzeć na ten film przez pryzmat książki. Jedynie psuje się wtedy całą radość z oglądania, szczególnie że walorów ma naprawdę sporo. Wszelkie efekty komputerowe były niezwykłe. Było ich naprawdę wiele, co nie każdemu może się podobać, ale ja raczej jestem dzieckiem fantastyki i science fiction, wobec czego do mnie niejednokrotnie przemawiały.

Niektóre ujęcia były wręcz bajeczne, aż chciałabym zrobić sobie z nich tapetę na ścianę; jednym z nich był widok burzy hulającej nad bohaterami, kłębiących się czarnych chmur i iskrzących się błyskawic albo moment gdy bohaterowie stoją na szczycie zaspy piaskowej i słychać strzał – wszyscy zamierają.

Również charakteryzacja Poparzeńców wydała mi się bardzo przemyślana i przekonująca, tak samo jak widok zgliszczy, sypiących się budynków i mostów – można było wyobrazić sobie, jak majestatycznie wyglądały zanim zostały zniszczone.

Oczywiście nie da się mówić o tym filmie w samych superlatywach, jednak  również nie zamierzam się go za specjalnie czepiać. Czasem gra aktorska mogłaby być bardziej dopracowana. Mam wrażenie, że zapadnięte policzki i otwarte usta Dylana O’Briena to trochę jak stoicka twarz Kristen Stewart. Czy tylko ja mam wrażenie, że z tego chłopaka dałoby się coś więcej wycisnąć? Nawet mój faworyt, Thomas Brodie Sangster, ukryty gdzieś za wszystkimi, pokazał tylko tyle, jak się ucieka, strzela i żegna z przyjacielem, ale już wolę tę ścieżkę niż emocjonalną grę, która nie zakończy się niczym dobrym.

Podobnie scena, w której Brenda i Thomas uciekali przed Poparzeńcami, w pewnym momencie wydała mi się naciągana. Dziewczyna spadła na szybę, która zaczęła pękać pod jej ciężarem, ale jak dodatkowo znalazł się na niej zombie, to jakoś dziwnie stabilnie się trzymała i pękła dopiero, gdy Thomas porządnie w nią przywalił.

Powracając do pozytywów tej produkcji, nie sądziłam, że uruchomi ona we mnie pełną gamę uczuć. Choć od pewnego czasu jestem podatna na emocje, to nie spodziewałam się, że zacznę płakać. Jeden moment, gdy Thomas wspomina o Chucku, sprawił, że serce zaczęło mi się krajać, a łzy pociekły jak Wisła z Baraniej Góry.

Śmiech również mnie nie opuścił, ale miałam wrażenie, że na sali było słychać tylko mnie i mojego towarzysza. Zawsze mam takie przemyślenia, gdy jestem w kinie i zastanawiam się, czy ludzie nie potrafią się bawić w takim miejscu. Przecież zabawnych scen było kilka.

A przerażenie? Wzdrygnęłam się nieraz, głównie wtedy gdy Poparzeńcy pojawiali się znikąd. Pełna cisza na sali i nagle coś zaczyna się drzeć i po tym widzisz zakrwawioną mordę bez oczu albo w ogóle bez połowy twarzy, która mogłaby określić, kim kiedyś był ów atakujący popapraniec.

Do głowy przychodzi mi pytanie, które zadawałam sobie przy okazji pisania recenzji o Więźniu labiryntu: Czy lepiej było obejrzeć film zanim przeczytało się książkę? Myślę sobie teraz, że wcale, bo przez to, że film nie jest w pełni wierną adaptacją oryginału, jest ciekawą kontynuacją filmowej pierwszej części, która przecież również nie była w pełni odwzorowaniem powieści. Myślę, że w takiej formie w jakiej są filmy, dobrze się ze sobą komponują. Oczywiście odbiegają od trylogii, ale tworzą nowszą serię, która dostarcza nowych pytań i nowych odpowiedzi, która nie powiela, a skłania do zaciętych dyskusji. Sądzę, że można uznać to za sukces tych filmów. Żaden pewnie nie otrzyma Oscara (choć efekty mogłyby być nominowane), ale z pewnością w pamięci pozostaną.

Murakami moim czarodziejem

Dziś rano do śniadanka przeczytałam ostatnią notkę na blogu Haruki Murakami, pt. „Tańcz, tańcz, tańcz”. Jak nietrudno się domyślić notka dotyczyła powieści Harukiego Murakamiego „Tańcz, tańcz, tańcz”. Na początku ucieszyłam się, że ktoś czytał tę książkę i wyraził swoje zdanie na jej temat. W sumie nadal się cieszę, jednak jestem też troszeczkę zasmucona. Wyraziłam zresztą swoje zdanie w komentarzu pod wpisem.

Ogółem chodzi o to, że autorka wpisu napisała, iż Haruki Murakami przestał być dla niej czarodziejem, a stał się magikiem. Rozumiem, że mogło się tak zdarzyć, bowiem po przeczytaniu trzech powieści, które są do siebie w jakiś sposób podobne, nie spodziewałabym się czegokolwiek innego niż odniesienia wrażenia, że książki owego japońskiego pisarza są szablonowe. (Ta kwestia może dotyczyć każdego innego pisarza.)

Osobiście twierdzę, że w żadnym razie książki Murakamiego nie są szablonowe ani nie są „produktem” (jak to dodatkowo określiła autorka wspomnianego wpisu, zresztą idąc za jeszcze innym tekstem umieszczonym w Internecie). Przeczytałam prawie wszystkie jego powieści (jak zaznaczyłam w komentarzu, nie dokończyłam jedynie „Kroniki ptaka nakręcacza” oraz nie przeczytałam jeszcze „Końca świata…”). Uważam więc, że mam nieco większą świadomość dotyczącą twórczości Murakamiego (o tomikach opowiadań nie wspominam). Nie kwestionuję stanowiska autorki powyższej notki, jedynie pragnę przedstawić mój punkt widzenia.

Obrazek 5

Zdjęcie mojej kolekcji. Zabrakło „Sputnika Sweetheart”, bo miałam go w twardej oprawie i dosłownie ze dwa tygodnie temu go sprzedałam i jeszcze nie kupiłam w miękkiej. Pięknie wyglądają <3

Murakami tworzy specyficznie. Nie każdy go polubi, ale myślę, że jak ktoś się wdroży, to nie odstawi go nawet na chwilę. W komentarzu (cały czas odnoszę się do „Tańcz, tańcz, tańcz”) napisałam, że najlepiej jest zacząć czytać chronologicznie, według japońskich wydań, ale teraz tak sobie myślę, że jakby zaczęło się od „Przygody z owcą” (bo „Hear the wind sing” oraz „Pinball” nie zostały wydane w Polsce – może jednak ktoś potrafi biegle czytać po japońsku lub dostanie angielską wersję, to wtedy przygoda nie zacznie się od owcy), to raczej nie wkręciło by się za specjalnie. Ja zaczęłam od „Kafki nad morzem” i wcale nie żałuję, teraz jednak każdemu polecam trylogię „1Q84”, a także „Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa”, bowiem dla mnie są to najlepsze cztery książki, które przeczytałam i które należą do twórczości japońskiego mistrza pióra.

Obok „Przygody z owcą” również nie polecam na początek „Kroniki ptaka nakręcacza”. Może nie przeczytałam do końca tej książki, ale na pewno dałam sobie radę z ponad połową i jestem w stanie powiedzieć, że jest to dość ciężka i oporna opowieść, więc myślę, że niektórzy mogliby się łatwo zniechęcić.

Resztę dzieł w większości czyta się szybko i przyjemnie. Dotychczas moją ulubioną książką było „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. Teraz, mimo że stawiam ją na (może) trzecim miejscu, nadal zachęcam do jej przeczytania. Tak samo „Sputnik Sweetheart” – lekko się czyta. Można usiąść w fotelu i się zatopić w druku.

Ja sama w zasadzie za każdym razem, gdy czytam Murakamiego, zatapiam się w jego twórczości i potem niechętnie się wynurzam jak Haruka z basenu. (Zachęcam do obejrzenia „Free!”.) Czasem nawet miesza mi się rzeczywistość. Może któregoś razu ujrzę dwa księżyce? Kto wie. A może spotkam Noboru Watayę? W sumie chciałabym mieć takiego kota – zawsze to jakiś ciekawy element egzystencji.