Crimson Peak

W sercu młodej pisarki (Mia Wasikowska) miłość do przyjaciela z dzieciństwa (Charlie Hunnam) walczy ze zniewalającym uczuciem do tajemniczego arystokraty (Tom Hiddleston). Kiedy w jej rodzinie zdarzy się tragedia, Edith trafia do mrocznej posiadłości, w której ścianach musiało zdarzyć się wiele zła. Ten dom oddycha, krwawi i… pamięta.

Crimson Peak. Wzgórze krwi to wspaniała gotycka opowieść, stworzona przez mistrza mrocznych historii, Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Hellboy, Pacific Rim).

Na broszurach o filmie Crimson Peak dostępnych w Multikinie można było przeczytać powyższe słowa. Mało informacji, ale mogą zainteresować. Fakt gotyckiej opowieści może przyciągnąć, tak jak i nazwisko reżysera, bo kto oglądał Labirynt Fauna, wie, co może się wydarzyć. (Szkoda, że ten tytuł jak i kolejne dwa nie są zapisane kursywą lub wzięte w cudzysłów.) Jednak obawiam się, że to odtwórca Lokiego jest głównym punktem zainteresowania filmem niejednej osoby. Nie powiem, mnie również przyciągnął miedzy innymi właśnie ten fakt.

Więc czy sama opowieść faktycznie jest taka wspaniała? Na pewno chciałabym ujrzeć ją w formie papierowej. Chętnie przeczytałabym scenariusz. Ale też z przyjemnością jeszcze raz obejrzałabym ten film. Nie należy on do gatunku hollywoodzkiego, który będzie wbijał w fotel wybuchami, ani do horrorów typu The Ring lub Klątwa (choć skojarzenia czasem miałam jednoznaczne). Jest to, owszem, film, w którym duchy odgrywają ważną rolę, ale akcja nie rozwija się w zastraszającym tępie jak na kolejce górskiej. Jest to raczej historia przypominająca mi spokojne brytyjskie produkcje dotyczące XIX w. Wszystko dzieje się powoli, ze szczegółami; przedstawione detale mają swoje znaczenie. Do sedna sprawy dochodzi się dopiero na samiusieńkim końcu. Finiszu można się jedynie domyślać (z dość owocnym skutkiem). Nikt nie ujawni tajemnicy, zanim nie dojdzie do kulminacji i ostatnich piętnastu minut.

Prawdą jest, że film może nudzić tych wychowanych na Jamesie Bondzie lub Terminatorze. Co jakiś czas pojawiają się krwiste duchy, które nawiązują do całego znaczenia Crimson Peak. Duch matki głównej bohaterki przestrzega ją przed tym miejscem długo przed tym, zanim w ogóle do niego trafi. Swoją drogą nawet ta zjawa nie przypomina białych, falujących duchów, kochających swoich żyjących bliskich. Wszystkie straszydła są dość straszne i przesycone turpizmem. Choć gdy się pojwiają mogą wywołać uśmiech, ale to już bardziej kwestia jakiegoś zaniedbania lub za małego dystansu reżysera do całego filmu, przez co powstawała pewnego rodzaju groteska.

Ogólnie charakteryzacja i kostiumy wywarły na mnie ogromne wrażenie. Dom Crimson Peak również był przepiękny w swojej tajemniczości, grozie i ponurości. Z wielką dziurą w dachu i tak był zachwycającym wiktoriańskim pałacem. Gra światłem niwelowała wszelkie wątpliwości, jakoby był to jedynie plan filmowy, wyglądał raczej na żywy organizm cierpiący tak samo jak jego mieszkańcy.

Muzyki w filmie mogłabym słuchać jak ulubionych zespołów – po prostu z pełnym uwielbieniem. Co prawda, bliżej im do koncertów fortepianowych Chopina niż do aktualnej muzyki rozrywkowej, ale takie są te filmowe piękne utwory. Pośród tego, co wpadało w oko, ta muzyka wpadała w ucho i zasklepiała się na długo.

Cała historia nie była jedynie zlepkiem scen z Mią Wasikoską i Tomem Hiddlestonem wokół krwiście szkarłatnych duchów. Była to opowieść o makabrycznej i szalonej miłości, o dążeniu do marzeń i walki z przewrotnym losem. Całość oplatały glina, rozpacz i chęć lepszego życia. Wszystko opierało się na kontraście: szczęśliwe życie w rozpadającym się domu, jasna cera i blond włosy łączyły się z czarnym duchem, boleśnie biały śnieg i ta czerwona glina, a później także krew. Co więcej, ostatnie słowa bohaterki przedstawiały, kim są rzeczywiście mary z zaświatów. Były to postacie z jakąś historią, taką, która przykuła ich do ziemi i nie chciała puścić. Taką, która każe im żyć wiecznie. Jednak to nie oni chcieli pozostać na świecie, to żywi bohaterowie w podświadomości pragnęli pozostawić po sobie ślad. Te oto prawidła pokazują przenikanie się światów, siłę przywiązania i bezwzględnej miłości. Nie są jednak receptą ani algorytmem na właściwe postępowanie. Każdy sam musi odnaleźć własną drogę.

Próby ognia

Ani trochę nie zdziwiło mnie to, że film miał z książką tyle wspólnego, co piernik z wiatrakiem. Bohaterowie w zasadzie ci sami, zamysł w zasadzie ten sam i tytuł też, jakby nie było, ten sam, ale wszystko wykonane w różny sposób od oryginału. Jednakże czy Próby ognia miały być kompletnym odzwierciedleniem powieści? Podobnie do pierwszej części, druga zachowuje podobny zarys fabularny, ale wiele scen, które były w tomie zostały usunięte bądź zmodyfikowane. Niejednego spotkania, niejednego zdania, niejednego zdarzenia zabrakło mi w filmie. Ale… Ale myślę, że dzięki temu film jest świeższy. Dobrze kontynuuje historię pierwszej części, Więźnia labiryntu.

Oglądając zwiastun tuż przed premierą filmu, nie spodziewałam się niczego niebywałego – raczej czegoś utartego, pomimo całkiem fascynującej fabuły książki. Obawiałam się, że wyjdę po emisji z rozczarowaniem na twarzy i z rozżaleniem, że seria, którą czytałam z zapartym tchem jak Harry’ego Pottera, będzie nie do zniesienia. Na szczęście zawiodłam się na moich przypuszczeniach. Oglądałam film z zainteresowaniem.

Z początku moje myśli zaprzątały obrazy, które wykreowałam sobie podczas czytania powieści, jednak szybko oddałam się filmowi, bo w końcu naprawdę nie ma sensu patrzeć na ten film przez pryzmat książki. Jedynie psuje się wtedy całą radość z oglądania, szczególnie że walorów ma naprawdę sporo. Wszelkie efekty komputerowe były niezwykłe. Było ich naprawdę wiele, co nie każdemu może się podobać, ale ja raczej jestem dzieckiem fantastyki i science fiction, wobec czego do mnie niejednokrotnie przemawiały.

Niektóre ujęcia były wręcz bajeczne, aż chciałabym zrobić sobie z nich tapetę na ścianę; jednym z nich był widok burzy hulającej nad bohaterami, kłębiących się czarnych chmur i iskrzących się błyskawic albo moment gdy bohaterowie stoją na szczycie zaspy piaskowej i słychać strzał – wszyscy zamierają.

Również charakteryzacja Poparzeńców wydała mi się bardzo przemyślana i przekonująca, tak samo jak widok zgliszczy, sypiących się budynków i mostów – można było wyobrazić sobie, jak majestatycznie wyglądały zanim zostały zniszczone.

Oczywiście nie da się mówić o tym filmie w samych superlatywach, jednak  również nie zamierzam się go za specjalnie czepiać. Czasem gra aktorska mogłaby być bardziej dopracowana. Mam wrażenie, że zapadnięte policzki i otwarte usta Dylana O’Briena to trochę jak stoicka twarz Kristen Stewart. Czy tylko ja mam wrażenie, że z tego chłopaka dałoby się coś więcej wycisnąć? Nawet mój faworyt, Thomas Brodie Sangster, ukryty gdzieś za wszystkimi, pokazał tylko tyle, jak się ucieka, strzela i żegna z przyjacielem, ale już wolę tę ścieżkę niż emocjonalną grę, która nie zakończy się niczym dobrym.

Podobnie scena, w której Brenda i Thomas uciekali przed Poparzeńcami, w pewnym momencie wydała mi się naciągana. Dziewczyna spadła na szybę, która zaczęła pękać pod jej ciężarem, ale jak dodatkowo znalazł się na niej zombie, to jakoś dziwnie stabilnie się trzymała i pękła dopiero, gdy Thomas porządnie w nią przywalił.

Powracając do pozytywów tej produkcji, nie sądziłam, że uruchomi ona we mnie pełną gamę uczuć. Choć od pewnego czasu jestem podatna na emocje, to nie spodziewałam się, że zacznę płakać. Jeden moment, gdy Thomas wspomina o Chucku, sprawił, że serce zaczęło mi się krajać, a łzy pociekły jak Wisła z Baraniej Góry.

Śmiech również mnie nie opuścił, ale miałam wrażenie, że na sali było słychać tylko mnie i mojego towarzysza. Zawsze mam takie przemyślenia, gdy jestem w kinie i zastanawiam się, czy ludzie nie potrafią się bawić w takim miejscu. Przecież zabawnych scen było kilka.

A przerażenie? Wzdrygnęłam się nieraz, głównie wtedy gdy Poparzeńcy pojawiali się znikąd. Pełna cisza na sali i nagle coś zaczyna się drzeć i po tym widzisz zakrwawioną mordę bez oczu albo w ogóle bez połowy twarzy, która mogłaby określić, kim kiedyś był ów atakujący popapraniec.

Do głowy przychodzi mi pytanie, które zadawałam sobie przy okazji pisania recenzji o Więźniu labiryntu: Czy lepiej było obejrzeć film zanim przeczytało się książkę? Myślę sobie teraz, że wcale, bo przez to, że film nie jest w pełni wierną adaptacją oryginału, jest ciekawą kontynuacją filmowej pierwszej części, która przecież również nie była w pełni odwzorowaniem powieści. Myślę, że w takiej formie w jakiej są filmy, dobrze się ze sobą komponują. Oczywiście odbiegają od trylogii, ale tworzą nowszą serię, która dostarcza nowych pytań i nowych odpowiedzi, która nie powiela, a skłania do zaciętych dyskusji. Sądzę, że można uznać to za sukces tych filmów. Żaden pewnie nie otrzyma Oscara (choć efekty mogłyby być nominowane), ale z pewnością w pamięci pozostaną.

ITPlanet E-Sport Masters 2015

Imprezy gamingowe, inaczej po polsku growe, zaczynają promieniować. Dają kopa niczym postaci z Mortal Kombat. Jak wiele mogą pokazać? Jak wielu graczy może się pokazać? ITPlanet przedstawiło się na pewno ze znakomitej strony. Cała ekipa pracowała jak mrówki, żeby cały event zakończył się sukcesem. Organizacja stała pod znakiem zakręconego Jacka i pokręconego Marcina. Wszędzie było ich pełno, tak jak i innych współtwórców.

Wydarzenie objęło ponad tysiąc osób, co jest całkiem imponującym wynikiem jak na nieduże miasto, Lubin. To znacznie więcej niż wynik pierwszego PGA. Chłopcy, chłopcy i cały czas więcej chłopców. Dziewczyny zasilały bardziej szeregi helperów niż uczestników. Właściwie to nic dziwnego – cały czas odsetek pań grających w gry komputerowe czy wideo jest mniejszy niż panów.

Cała impreza ulokowała się w Centrum Kultury Muza, w której zakamarków jest więcej niż w labiryncie, a komputerów więcej niż w centrum dowodzenia. Impreza e-sportowa musiała pokazać się z jak najlepszej strony i zafundować uczestnikom moc atrakcji, a także odpowiedni sprzęt. Swój wkład miały m.in. firmy Samsung, LG i Modecom.

Stanowisk z konkretnymi grami było kilka, np. te z League of Legends, osu!, Starcraftem czy Heartstonem i FiFĄ. Symulatory, Wormsy czy inne niszowe gry również były dostępne na evencie. Nawet dostrzegłam kogoś grającego w Spore’a, w którego sama bym zagrała, bo nie robiłam tego ze trzy lata.

Zorganizowano prelekcje oraz wywiady i inne atrakcje. Można było wziąć udział w panelach takich jak ten o tworzeniu gier, o tworzeniu efektów dźwiękowych, o symulatorach prowadzony przez Wujka Bohuna oraz o cyberpunku przedstawionym przez Fikusa.

Obrazek 6

Wstęp wolny był również na wywiady z GoldSeven i Beshi, z Fikusem, Yoshim, Złym Maćkiem i DraqDrasem, z Wujkiem Bohunem oraz z TasteOfNovember. Pytania dotyczyły głównie YouTuba – co raczej nie dziwi – początków kariery, subów, lajków i hejtów oraz ogólnie życia w Internecie, jak i poza nim.

Obrazek 5

Pomysłowe było również zaprezentowanie filmu Need for Speed oraz przedstawienie gry Surval. Przez cały ESM uczestnicy mieli możliwość trochę przetestować tę grę, a także zostawić swoją opinię na temat grafiki, dubbingu i ogólnej prezencji gry, czy się podobała czy nie.

Kolejną zabawą, cieszącą się ogromnym zainteresowaniem był konkurs cosplay. Lekkie opóźnienie oraz małe problemy techniczne nie zaważyły na sukcesie całego przedsięwzięcia, choć niektórym przysporzyło stresów. Jurorkami były Andrasta, Atai i Margaret, natomiast prowadzącą Madlencia. Stroje wszystkich cosplay’erów były imponujące. Prezentacje – jedne lepsze, drugie najlepsze. Najważniejsza jednak była atmosfera.

Obrazek 7

Poza luźnymi atrakcjami miały miejsce także turnieje Counter Strike’a i League of Legends, odbywające się na głównej sali oraz mniejsze, ale nie mniej znaczące, turnieje w Wormsy czy Hearthstone’a.

Obrazek 8

Innym przyjemnym punktem dnia był Red Bull. Akurat gdy poczułam spadek ciśniania on wbił na imprezę jak byk na arenę. Wtedy pierwszy raz go wypiłam. Przeraził mnie fakt, że naprawdę mi zasmakował.

image

Niesamowite wrażenie wywarł na mnie Wujek Bohun. Pierwszy raz miałam z nim do czynienia. W zasadzie dzięki temu wydarzeniu dowiedziałam się o jego istnieniu i naprawdę cieszę się, że miałam okazję słuchać z nim wywiadu i opowieści o symulatorach. Człowiek jest ogromnie otwarty, inteligentny, szczery i uczuciowy. Faktycznie pasjonuje się tym, co robi. Bardzo pogodny, spokojny, uśmiechnięty. Wydaje się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi.

Obrazek 4

Miałam również okazję zapoznać się bliżej z Fikusem, Złym Maćkiem, Yoshim i DraqDrasem. Kompania z piekła rodem, ale jak sami mówili YouTube to piekło. Jednak kto nie ryzykuje, nie zyskuje. Są to naprawdę pozytywne chłopaki, z którymi nie da się nudzić.

Nie mogę zapomnieć o samych organizatorach, pomysłodawcach i helperach. Każda osoba, która choć trochę zaangażowała się w tworzenie eventu zasługuje na najwyższe laury! Jeżeli pierwsza edycja pokazała, co to rzeczywiście są fajerwerki, to kolejne mogą być tylko lepsze. Prawdziwych emocji nigdy się nie zapomina, a E-Sport Masters 2015 było jak narodziny czegoś, co zawładnie i pokieruje przyszłością.

* * *

Zachęcam wszystkich serdecznie do odwiedzenia strony ESM oraz Centrum Kultury Muza, a także do obejrzenia cudownych relacji z eventu panów Fikusa, Złego Maćka, Yoshi’ego oraz DraqDrasa.

Ponadto warto też odwiedzić galerię zdjęć Kristos Foto. Świetne fotografie na miarę mistrzów.

Mam nadzieję, że zarówno relacje, zdjecia, jak i samo zapoznanie się z organizacją pozwolą na podwojenie sukcesu ITPlanet. 2016 rok przed nami!

Więzień Labiryntu

Nic już nie bedzie takie jak kiedyś.

Pod koniec września obejrzałam film. Dzieciaki biegały po labiryncie i uciekały przed wielkimi, obleśnymi potworami z japami jak u glonojadów i ogonami jak u skorpionów. Jego tytuł? – Więzień Labiryntu. Naprawdę dobry!

Poważnie! Podobał mi się ten film i nie dlatego, że bohaterami było kilkunastu całkiem dobrze wyglądających kolesi. Nie. Po prostu akcja była wartka i dobrze zmontowana. Trochę spokoju i wytchnienia, a zaraz jazda bez kółek. Właśnie takie kino lubię, jeżeli zapomnę o psychologicznych i melodramatycznych filmach. Ale tutaj też było trochę psychologii i dramatu, więc nie mam się czego czepiać, oprócz tego, że oczywiste było, że wszystko zacznie się gmatwać wraz z przybyciem głównego bohatera do Strefy, która była jak District 9 odcięta od świata z labiryntem jak z Czary Ognia. Wszystko w normie.

Działo się to i owo, a na sam koniec chyba każdy, kto nie czytał książki, dostał obuchem w głowę. Bo film jest adaptacją książki o tym samym tytule. I to do tego książki, która jest pierwszą z trzech. Więc możecie sobie dopowiedzieć zakończenie. Ja właśnie nie przeczytałam jej wcześniej i powiem szczerze, trochę mnie zatkało, gdy się okazało, że koniec jest bardziej początkiem niż końcem. Z jednej strony się ucieszyłam, bo prawdopodobnie będę mogła zobaczyć jeszcze więcej, ale z drugiej strony – o, tak mi szkoda tych młodych ludzi.

Film sprawił, że zapragnęłam przeczytać książkę. W zasadzie zadaję sobie pytanie: „Dlaczego wcześniej nie przeczytałam tej trylogii?” Nieistotne. Zakupiłam pierwszy tom wraz z drugim (trzeciego poszukam trochę później) i zaraz po tym, jak otrzymałam paczkę, zaczęłam czytać. Nie powiem, jest duuuuuuuuużo różnic względem filmu. Albo to raczej film bardzo różni się od książki, ale przecież jest to film na podstawie bestsellera, fabuła jest taka sama, różnią się jedynie szczegółami. Jednak im dalej w las, tym te szczegóły okazują się być bardziej znaczące. Jednak ogół i tak stanowi logiczną całość zarówno w filmie, jak i w książce (to oczywiste). Także czuję pełną satysfakcję.

Co prawda, autor nie wykazał się wybitną umiejętnością pisarstwa, według mojego uznania. Pisze raczej przeciętnie, mimo to ciekawie. Wie po prostu, w którym momencie zmienić akcję. Używa prostego słownictwa. Ponieważ bohaterowie są młodzi, ich język nacechowany jest swobodą i jest pełen ichniejszego slangu. Klump, sztamak, purwa – te słowa stają się jakby cechą charakterystyczną tej grupy, Stereferów, i nie tylko główny bohater automatycznie je sobie przyswaja, ja także miałam ochotę mówić: Ty klumpie. Brzmi zabawnie i po prostu mnie rozwala. W filmie tego nie ma. A przynajmniej nie wpadło mi to ani w uszy, ani w oczy. Świeżuch nie jest niczym nadzwyczajnym, dlatego po prostu gdzieś zanika pośród innych słów.

Zastanawiałam się nad tym, czy wolałabym najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć film czy lepiej, że stało się tak, jak się stało. Mam wrażenie, że to drugie. Mam dziwne wrażenie, że miałabym do tego podobny stosunek jak do Miasta kości. Film mi się podobał, ale było sporo zmian i nie za bardzo mi to pasowało. Sądzę, że z Więźniem Labiryntu byłoby podobnie. Film ogólnie spoko, ale te zmiany… a było ich naprawdę mnóstwo. A tak to obejrzałam film bez większej wiedzy i naprawdę jestem zadowolona. Tak samo do książki mam inny stosunek. Oczywiście cały czas pamiętam te różnice, ale jakoś trzeźwiej na nie patrzę. Łatwiej się dystansuję i nawet nie wiem, czy filmowe rozwiązanie nie podoba mi się bardziej.

IMG_2322.JPG

Zwykle właśnie jestem „za” miną bohaterki komiksu, a tym razem naprawdę myślę, że warto było poczekać na film i nie koniecznie gorliwie czytać książkę jeszcze przed pójściem do kina. Chyba pierwszy raz coś takiego odczuwam. Na przykład cieszę się, że najpierw przeczytałam każdą część Harry’ego Pottera, po czym obejrzałam filmy. Tak samo żałuję, że najpierw nie przeczytałam Igrzysk Śmierci. Szkoda, że Trylogia Czarnego Maga nie ma jeszcze swojej ekranizacji. I ponadto cieszę się, że najpierw obejrzałam Więźnia Labiryntu.

Murakami moim czarodziejem

Dziś rano do śniadanka przeczytałam ostatnią notkę na blogu Haruki Murakami, pt. „Tańcz, tańcz, tańcz”. Jak nietrudno się domyślić notka dotyczyła powieści Harukiego Murakamiego „Tańcz, tańcz, tańcz”. Na początku ucieszyłam się, że ktoś czytał tę książkę i wyraził swoje zdanie na jej temat. W sumie nadal się cieszę, jednak jestem też troszeczkę zasmucona. Wyraziłam zresztą swoje zdanie w komentarzu pod wpisem.

Ogółem chodzi o to, że autorka wpisu napisała, iż Haruki Murakami przestał być dla niej czarodziejem, a stał się magikiem. Rozumiem, że mogło się tak zdarzyć, bowiem po przeczytaniu trzech powieści, które są do siebie w jakiś sposób podobne, nie spodziewałabym się czegokolwiek innego niż odniesienia wrażenia, że książki owego japońskiego pisarza są szablonowe. (Ta kwestia może dotyczyć każdego innego pisarza.)

Osobiście twierdzę, że w żadnym razie książki Murakamiego nie są szablonowe ani nie są „produktem” (jak to dodatkowo określiła autorka wspomnianego wpisu, zresztą idąc za jeszcze innym tekstem umieszczonym w Internecie). Przeczytałam prawie wszystkie jego powieści (jak zaznaczyłam w komentarzu, nie dokończyłam jedynie „Kroniki ptaka nakręcacza” oraz nie przeczytałam jeszcze „Końca świata…”). Uważam więc, że mam nieco większą świadomość dotyczącą twórczości Murakamiego (o tomikach opowiadań nie wspominam). Nie kwestionuję stanowiska autorki powyższej notki, jedynie pragnę przedstawić mój punkt widzenia.

Obrazek 5

Zdjęcie mojej kolekcji. Zabrakło „Sputnika Sweetheart”, bo miałam go w twardej oprawie i dosłownie ze dwa tygodnie temu go sprzedałam i jeszcze nie kupiłam w miękkiej. Pięknie wyglądają <3

Murakami tworzy specyficznie. Nie każdy go polubi, ale myślę, że jak ktoś się wdroży, to nie odstawi go nawet na chwilę. W komentarzu (cały czas odnoszę się do „Tańcz, tańcz, tańcz”) napisałam, że najlepiej jest zacząć czytać chronologicznie, według japońskich wydań, ale teraz tak sobie myślę, że jakby zaczęło się od „Przygody z owcą” (bo „Hear the wind sing” oraz „Pinball” nie zostały wydane w Polsce – może jednak ktoś potrafi biegle czytać po japońsku lub dostanie angielską wersję, to wtedy przygoda nie zacznie się od owcy), to raczej nie wkręciło by się za specjalnie. Ja zaczęłam od „Kafki nad morzem” i wcale nie żałuję, teraz jednak każdemu polecam trylogię „1Q84”, a także „Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa”, bowiem dla mnie są to najlepsze cztery książki, które przeczytałam i które należą do twórczości japońskiego mistrza pióra.

Obok „Przygody z owcą” również nie polecam na początek „Kroniki ptaka nakręcacza”. Może nie przeczytałam do końca tej książki, ale na pewno dałam sobie radę z ponad połową i jestem w stanie powiedzieć, że jest to dość ciężka i oporna opowieść, więc myślę, że niektórzy mogliby się łatwo zniechęcić.

Resztę dzieł w większości czyta się szybko i przyjemnie. Dotychczas moją ulubioną książką było „Na południe od granicy, na zachód od słońca”. Teraz, mimo że stawiam ją na (może) trzecim miejscu, nadal zachęcam do jej przeczytania. Tak samo „Sputnik Sweetheart” – lekko się czyta. Można usiąść w fotelu i się zatopić w druku.

Ja sama w zasadzie za każdym razem, gdy czytam Murakamiego, zatapiam się w jego twórczości i potem niechętnie się wynurzam jak Haruka z basenu. (Zachęcam do obejrzenia „Free!”.) Czasem nawet miesza mi się rzeczywistość. Może któregoś razu ujrzę dwa księżyce? Kto wie. A może spotkam Noboru Watayę? W sumie chciałabym mieć takiego kota – zawsze to jakiś ciekawy element egzystencji.