artykuł, książka, pisarstwo

Od początku mojego pisarstwa

Nie znam za dużo historii, jak i od kiedy piszą znani i lubiani pisarze. Ale nie o nich mowa. Zastanowiłam się nad tym, jak dawno temu sama zaczęłam pisać i nie pamiętam dokładnie, ale było to we wczesnym dzieciństwie.

Mogłam być w przedszkolu, kiedy brałam tonę zabawek ze sobą i tworzyłam ich historie pod stołem w salonie. To pewnie był jakiś początek…

Potem pamiętam jak rysowałam… coś na wzór komiksów. Ale nigdy nie miałam wybitnego talentu do rysowania. Pewnie dlatego porzuciłam pomysł rysowanych opowieści. Nawet jeśli rysowanie wychodziło mi lepiej niż większości dzieci w moim wieku.

Z czytaniem szło mi bardzo trudno. Siadałam pod okiem mamy i czytałam. To była katorga. W końcu pod wpływem innych już dobrze i chętnie czytających, sama zaczęłam chwytać za książki. Pewnie pierwszymi poważnymi była seria Pottera. Choć przypomina mi się, jak byłam w sklepie z rodzicami i chcieli mi kupić Kamień filozoficzny, a ja powiedziałam „Nie!”. Zabawne, bo rok później wszyscy szaleli na jego punkcie. I ja również z zapałem czytałam nowe wydane tomy.

Parę lat później czymś niezwykle ciekawym okazała się muzyka. Zaczęły docierać do mnie gitary i perkusje, więc jedyne, co zostało to słuchanie porządnego rocka. Sama nie zaczęłam grać na żadnym instrumencie, no może trochę na gitarze, choć zawsze wolałam bębny. Dla mnie jednak ciekawsze było pisanie własnych tekstów piosenek. To był wiek wielkich przemian fizycznych i psychicznych w moim ciele, i szczególnie zaczynałam opisywać swoje emocje.

Po jakimś czasie popularne stały się fora internetowe. Wtedy już prawie byłam wyjadaczką wśród piszących internautów. Forum, do którego należałam zajmowało się właśnie pisaniem. Wrzucaliśmy na nie nasze opowiadania, ale i wiersze.

Wiersze były na pewno szybsze, więc trochę lepiej się je pisało. Teraz już rzadko piszę utwory liryczne, co nie znaczy, że w ogóle. Raz na jakiś czas w przypływie wylewności napiszę kilka kleistych się zwrotek, które mają jakikolwiek sens. Ale wtedy to były jedne z głównych utworów, jakie pisałam obok opowiadań.

Na forach nie tylko wstawialiśmy swoje teksty, ale również je ocenialiśmy. Zażarcie mówiło się wtedy o konstruktywnej krytyce. Niektórzy byli tak zwaną betą – czyli osobą, która czytała takst pod różnym kontem i opierając się na przykładach, opisywała swoje spotrzeżenia, również od językowej strony. Ja uwielbiałam to robić. To był ten czas, kiedy byłam bardzo zafascynowana językiem polskim, to znaczy był to początek mojej przygody.

To musiał być okres gimnazjum. Wtedy oprócz forów były jeszcze blogi, znacznie popularniejsze niż teraz. Portali, na których zakładało się blogi, było w sumie niewiele, ale samych blogów było na pęczki. W moim gronie najpopularniejsze były typu fanfiction, głównie o tematyce potterowskiej. Sama założyłam Myślodsiewnię Severusa Snape’a. Jak teraz ją wspominam, pamiętam, że miałam wielu czytelników i, nie chwaląc się, pisałam o czymś innym niż większość. Byłam z niej naprawdę dumna. Nie wiem, kiedy to wszystko się zmieniło i skończyło.

W czasie liceum chyba rzadziej pisałam. Było dużo nauki i wszytko zaczęło być poważniejsze. Ale na pewno w którymś momencie przeczytałam „Portret Doriana Greya” i to był początek mojej inspiracji. Postanowiłam, że napiszę książkę. Napisałam trzy rozdziały i gdzieś pomysł przepadł, choć potem jeszcze wracałam do tego utworu. Mam go nadal na pendrive’ie i myślę, że kiedyś do niego zajrzę.

A propos powrotów, na studiach znowu pisałam teksty piosenek i nie pamiętam, w którym momencie wróciłam do Myślodsiewni. Reaktywowałam ją. W sumie założyłam nowego bloga i przerabiając stare rozdziały, od nowa prowadziłam tamtą opowieść. Szybko jednak zdałam sobie sprawę z tego, że stare czasy nie wrócą, a popyt na fanfiki zwyczajnie umarł.

W międzyczasie parałam się okazjonalną edytorką, byłam na stażu korektorskim i pomagałam paru osobom przy ich tekstach – różnego rodzaju.

W końcu jednak przyszedł czas na ten najpoważniejszy utwór. Jako fanka fantastyki nie mogłam sobie odpuścić. Pod wpływem różnych książek i filmów zaczęłam pisać Boże Kłamstwa. To trwało chyba 2. i 3. rok studiów, kiedy od początku do końca napisałam pierwszą wersję pierwszego tomu. I trochę na tym przystanęłam. Oczywiście rozpoczęłam również ten blog, co pomogło mi w jakimś stopniu kontynuować pracę, ale też nie za długo.

Po ostatnim wpisie z 2016 roku próbowałam czasem coś poprawić i napisać np. recenzje (mam kilka zapisanych szkiców), ale aż do teraz nic z tego poważnego nie wyszło. Może to naprawdę będzie drugi początek mojego pisarskiego życia. Jak spojrzałam tak wstecz, przykro byłoby zostawić taką barwną historię za sobą bez kontynuacji.

P.S. Zawsze, jak do tej pory obrazki biorę z Internetu, głównie z Pinteresta.

Reklamy
książka, pisarstwo

Dobre czy złe zakończenie

Zadałam sobie ostatnio pytanie, czy wolę czytać książki, które kończą się w pozytywny, optymistyczny szczęśliwy sposób czy jednak te ze smutnym, złym zakończeniem. Patrząc na to, że książek ze złym zakończeniem jest jak na lekarstwo, trudno jest przeczytać ich na tyle dużo by móc porównać te dwa obozy. Właściwie patrzenie na to, co jest dobre a co złe, to dość indywidualna kwestia. Dla mnie kieskie było to, że Harry Potter przeżył, ale czy samo zakończenoie było złe?

Zadaję sobie to pytanie, ponieważ wciąż nie wiem, jakie będzie zakończenie książki, którą piszę. Albo raczej trylogii, którą piszę – pierwszy tom zna już swój koniec. Mogę zdradzić, że różnie można na nie spojrzeć. Bohaterowe „wygrywają” i „przegrywają”.

A właśnie to jest zastanawiające w zakończeniu. Czy czytając książkę, myślimy o zakończeniu, odnosząc się do siebie czy do bohaterów powieści?

Każdy człowiek ma własne wyobrażenie szczęścia i nieszczęścia. Wszystko zależy od naszych doświadczeń i pragnień. I wszystko zależy też od gatunku utworu. Wyobraźmy sobie romans zakończony tragicznie. Nie nastraja on nadzieją i radością. A przecież zakończenie romansu jest tylko jedno – Żyli długo i szczęśliwie. Kryminał kojarzy się raczej realistycznie, ale też pragniemy bardziej rozwiązania zagadki i ukarania zbrodniarza niż wymknięcia się go stróżom prawa, bo wtedy sprawiedliwość nie miałaby żadnego znaczenia. Musi być zachowana równowaga w przyrodzie.

Kiedy myślę o zakończeniu mojej książki, myślę o moich bohaterach, co będzie dla nich dobre, czego się nauczą, czego doświadczą, czy będą szczęśliwi, czy będą realistyczni. Najbardziej nie lubię, kiedy utwory fikcyjne nie są „realne”, nawet będąc zbudowane na gruncie czystej wyobraźni, kiedy świat rzeczywisty nie mógłby istnieć i tak samo bohaterowie nie mogliby żyć w naszym świecie. Cała fabuła musi być dostosowana do realiów danej rzeczywistości i jej praw egzystencjalnych. Wobec tego, co znaczy dobre/złe zakończenie?

A może tak naprawdę książka nie powinna mieć zakończenia…

pisarstwo

Pisanie po serialu

Niesamowite. Myślałam, że zapał i Wen opuścili mnie na zawsze, ale jednak mieliśmy jakiś zgrzyt w naszym długoletnim związku.

Niedawno zaczęłam nałogowo oglądać popularne seriale. Flash. Arrow. Daredevil.  Niedawno postanowiłam wziąć się za Shadowhunters, choć po porażce ekranizacji bałam się, co zastanę. Czy to będzie kolejny niewypał i płacz w poduszkę, że naprawdę nikt nie umie nakręcić porządnych Darów Anioła? Czy może szczęście będzie po ich stronie?

Cóż pierwsze trzy tomy serii autorstwa Cassandry Clare przeczytałam nie raz. Nie są wybitną literaturą, ale wystarczy mi, że wciągnęły mnie w akcję. I choć bardzo sceptycznie, to miałam nadzieję, że serial też nie pozwoli mi odejść, dopóki całego nie obejrzę.

Otóż, jak na razie czekam na ostatni odcinek pierwszego sezonu. Nie pałam wielką miłością do całości, która mocno różni się od książek (z czego tym razem się cieszę), ale niektóre postacie są tak cudowne, że dla nich jestem w stanie obejrzeć choćby najnudniejszą scenę. I jak to pieknie powiedział Magnus Bane do Aleka: You unlock something in me. Więc zaczęłam znowu pisać! (Szkoda, że nie magistra.)

Najpierw postanowiłam, że w końcu przeczytam sobie całość. W trakcie czytania dostrzegłam niespójność w rozdziałach. Napisałam coś w piątym, a z siódmego wynika, że tego nie było albo powtarzałam niektóre sceny. I tak w kółko. Męcząca sprawa, ale chyba się cieszę. Przynajmniej znów widzę światło.


Chyba wychodzę od tego samego wniosku. Jeśli coś brzmi jakby było napisane, przerabiam to. Brzmi prosto. Ale nie zawsze łatwo jest coś przerobić. Pisanie wymaga naprawdę ogromnego dystansu. I trudno go osiagnąć, gdy chce się jak najlepiej dla swoich bohaterów. Ja moich prawie wszystkich kocham. Z jednym wyjątkiem, którego nie cierpię i paroma postaciami w stosunku, do których mam sadystyczne zapędy.

A na podsumowanie dowód, że pisanie jest bardzo proste!

artykuł, polemika, recenzja

Próby ognia

Ani trochę nie zdziwiło mnie to, że film miał z książką tyle wspólnego, co piernik z wiatrakiem. Bohaterowie w zasadzie ci sami, zamysł w zasadzie ten sam i tytuł też, jakby nie było, ten sam, ale wszystko wykonane w różny sposób od oryginału. Jednakże czy Próby ognia miały być kompletnym odzwierciedleniem powieści? Podobnie do pierwszej części, druga zachowuje podobny zarys fabularny, ale wiele scen, które były w tomie zostały usunięte bądź zmodyfikowane. Niejednego spotkania, niejednego zdania, niejednego zdarzenia zabrakło mi w filmie. Ale… Ale myślę, że dzięki temu film jest świeższy. Dobrze kontynuuje historię pierwszej części, Więźnia labiryntu.

Oglądając zwiastun tuż przed premierą filmu, nie spodziewałam się niczego niebywałego – raczej czegoś utartego, pomimo całkiem fascynującej fabuły książki. Obawiałam się, że wyjdę po emisji z rozczarowaniem na twarzy i z rozżaleniem, że seria, którą czytałam z zapartym tchem jak Harry’ego Pottera, będzie nie do zniesienia. Na szczęście zawiodłam się na moich przypuszczeniach. Oglądałam film z zainteresowaniem.

Z początku moje myśli zaprzątały obrazy, które wykreowałam sobie podczas czytania powieści, jednak szybko oddałam się filmowi, bo w końcu naprawdę nie ma sensu patrzeć na ten film przez pryzmat książki. Jedynie psuje się wtedy całą radość z oglądania, szczególnie że walorów ma naprawdę sporo. Wszelkie efekty komputerowe były niezwykłe. Było ich naprawdę wiele, co nie każdemu może się podobać, ale ja raczej jestem dzieckiem fantastyki i science fiction, wobec czego do mnie niejednokrotnie przemawiały.

Niektóre ujęcia były wręcz bajeczne, aż chciałabym zrobić sobie z nich tapetę na ścianę; jednym z nich był widok burzy hulającej nad bohaterami, kłębiących się czarnych chmur i iskrzących się błyskawic albo moment gdy bohaterowie stoją na szczycie zaspy piaskowej i słychać strzał – wszyscy zamierają.

Również charakteryzacja Poparzeńców wydała mi się bardzo przemyślana i przekonująca, tak samo jak widok zgliszczy, sypiących się budynków i mostów – można było wyobrazić sobie, jak majestatycznie wyglądały zanim zostały zniszczone.

Oczywiście nie da się mówić o tym filmie w samych superlatywach, jednak  również nie zamierzam się go za specjalnie czepiać. Czasem gra aktorska mogłaby być bardziej dopracowana. Mam wrażenie, że zapadnięte policzki i otwarte usta Dylana O’Briena to trochę jak stoicka twarz Kristen Stewart. Czy tylko ja mam wrażenie, że z tego chłopaka dałoby się coś więcej wycisnąć? Nawet mój faworyt, Thomas Brodie Sangster, ukryty gdzieś za wszystkimi, pokazał tylko tyle, jak się ucieka, strzela i żegna z przyjacielem, ale już wolę tę ścieżkę niż emocjonalną grę, która nie zakończy się niczym dobrym.

Podobnie scena, w której Brenda i Thomas uciekali przed Poparzeńcami, w pewnym momencie wydała mi się naciągana. Dziewczyna spadła na szybę, która zaczęła pękać pod jej ciężarem, ale jak dodatkowo znalazł się na niej zombie, to jakoś dziwnie stabilnie się trzymała i pękła dopiero, gdy Thomas porządnie w nią przywalił.

Powracając do pozytywów tej produkcji, nie sądziłam, że uruchomi ona we mnie pełną gamę uczuć. Choć od pewnego czasu jestem podatna na emocje, to nie spodziewałam się, że zacznę płakać. Jeden moment, gdy Thomas wspomina o Chucku, sprawił, że serce zaczęło mi się krajać, a łzy pociekły jak Wisła z Baraniej Góry.

Śmiech również mnie nie opuścił, ale miałam wrażenie, że na sali było słychać tylko mnie i mojego towarzysza. Zawsze mam takie przemyślenia, gdy jestem w kinie i zastanawiam się, czy ludzie nie potrafią się bawić w takim miejscu. Przecież zabawnych scen było kilka.

A przerażenie? Wzdrygnęłam się nieraz, głównie wtedy gdy Poparzeńcy pojawiali się znikąd. Pełna cisza na sali i nagle coś zaczyna się drzeć i po tym widzisz zakrwawioną mordę bez oczu albo w ogóle bez połowy twarzy, która mogłaby określić, kim kiedyś był ów atakujący popapraniec.

Do głowy przychodzi mi pytanie, które zadawałam sobie przy okazji pisania recenzji o Więźniu labiryntu: Czy lepiej było obejrzeć film zanim przeczytało się książkę? Myślę sobie teraz, że wcale, bo przez to, że film nie jest w pełni wierną adaptacją oryginału, jest ciekawą kontynuacją filmowej pierwszej części, która przecież również nie była w pełni odwzorowaniem powieści. Myślę, że w takiej formie w jakiej są filmy, dobrze się ze sobą komponują. Oczywiście odbiegają od trylogii, ale tworzą nowszą serię, która dostarcza nowych pytań i nowych odpowiedzi, która nie powiela, a skłania do zaciętych dyskusji. Sądzę, że można uznać to za sukces tych filmów. Żaden pewnie nie otrzyma Oscara (choć efekty mogłyby być nominowane), ale z pewnością w pamięci pozostaną.

artykuł, książka, pisarstwo

Modyfikacje

Znowu miałam zastój. Dobry miesiąc w ogóle nie zaglądałam do Bożych Kłamstw Ale w końcu znalazłam troche czasu, żeby wziąć się za jeden fragment, nad którym myślałam długo i często. Nie jest on bardzo istotny, choć jest zapowiedzią pewnych, przez niektórych niepożądanych zdarzeń. Wprowadza zresztą nowych bohaterów, nieznacznie przedstawia ich podejście do życia i do świata. Jak myślę o tym, widzę, jak niedługi fragment, nieco dłuższy niż strona, może być nasycony niuansami dotyczącymi charakterów i osobowości postaci.

Idac za ciosem, udało mi się nawet dokończyć dwa rozdziały. Nie wymagały one wielkiego nakładu pracy, jednak musiały sobie trochę odczekać, by nabrać ostatecznej formy.

  

Tak bardzo bym chciała, żeby cała książka miała ostateczny wygląd. Uwielbiam tworzyć i udoskonalać, ale nawet jak się to uwielbia, to trzy lata wydają się kupą czasu. Im bardziej wydłużam ten czas, tym bardziej męczące się to staje. Mam nadzieję, że naprawdę wszystko zmierza ku końcowi.

 

komentarz, pisarstwo, poezja

Sól i żar

Czuję się jak słup
kiedy tak siedzę czy stoję bezczynnie
Patrzę przed siebie
i widzę tyle co nic i jeszcze mniej a może wiecej
Spodziewałabym się że nadejdzie huragan
tu jest taka cisza
jak przed burzą
Napływa mętlik do głowy
To chyba to właśnie to
ten tajfun i ta wichura
O widzę mgłę skrapla się ale jakoś bardziej wygląda jak łza
Sól i żar najbardziej bolesne na ranie w sercu ale już nie o poranku

artykuł, książka, pisarstwo

Czas robi swoje

Nowy Rok nastał. Każdemu zostało kilka dni, kilka tygodni czy kilka miesięcy, aby stać się znowu o rok starszym. Czas mija coraz szybciej i trochę zaczynam się tego obawiać. Jednak z drugiej strony cieszę się, bo mam coraz więcej doświadczenia w życiu.

Czas robi swoje. A ty człowieku?
Stanisław Jerzy Lec

 Skoro Nowy Rok się zaczął, trzeba ustanowić kilka postanowień.  Jak co roku pewnie większość odejdzie w zapomnienie. Mam jednak nadzieję, że pewną część uda się zrealizować.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

Życzę wszystkim wytrwałości, spokoju ducha i szczęśliwości. Pogłębiania swoich pasji i miłości. 2015 rok RULEZ!