Crimson Peak

W sercu młodej pisarki (Mia Wasikowska) miłość do przyjaciela z dzieciństwa (Charlie Hunnam) walczy ze zniewalającym uczuciem do tajemniczego arystokraty (Tom Hiddleston). Kiedy w jej rodzinie zdarzy się tragedia, Edith trafia do mrocznej posiadłości, w której ścianach musiało zdarzyć się wiele zła. Ten dom oddycha, krwawi i… pamięta.

Crimson Peak. Wzgórze krwi to wspaniała gotycka opowieść, stworzona przez mistrza mrocznych historii, Guillermo del Toro (Labirynt Fauna, Hellboy, Pacific Rim).

Na broszurach o filmie Crimson Peak dostępnych w Multikinie można było przeczytać powyższe słowa. Mało informacji, ale mogą zainteresować. Fakt gotyckiej opowieści może przyciągnąć, tak jak i nazwisko reżysera, bo kto oglądał Labirynt Fauna, wie, co może się wydarzyć. (Szkoda, że ten tytuł jak i kolejne dwa nie są zapisane kursywą lub wzięte w cudzysłów.) Jednak obawiam się, że to odtwórca Lokiego jest głównym punktem zainteresowania filmem niejednej osoby. Nie powiem, mnie również przyciągnął miedzy innymi właśnie ten fakt.

Więc czy sama opowieść faktycznie jest taka wspaniała? Na pewno chciałabym ujrzeć ją w formie papierowej. Chętnie przeczytałabym scenariusz. Ale też z przyjemnością jeszcze raz obejrzałabym ten film. Nie należy on do gatunku hollywoodzkiego, który będzie wbijał w fotel wybuchami, ani do horrorów typu The Ring lub Klątwa (choć skojarzenia czasem miałam jednoznaczne). Jest to, owszem, film, w którym duchy odgrywają ważną rolę, ale akcja nie rozwija się w zastraszającym tępie jak na kolejce górskiej. Jest to raczej historia przypominająca mi spokojne brytyjskie produkcje dotyczące XIX w. Wszystko dzieje się powoli, ze szczegółami; przedstawione detale mają swoje znaczenie. Do sedna sprawy dochodzi się dopiero na samiusieńkim końcu. Finiszu można się jedynie domyślać (z dość owocnym skutkiem). Nikt nie ujawni tajemnicy, zanim nie dojdzie do kulminacji i ostatnich piętnastu minut.

Prawdą jest, że film może nudzić tych wychowanych na Jamesie Bondzie lub Terminatorze. Co jakiś czas pojawiają się krwiste duchy, które nawiązują do całego znaczenia Crimson Peak. Duch matki głównej bohaterki przestrzega ją przed tym miejscem długo przed tym, zanim w ogóle do niego trafi. Swoją drogą nawet ta zjawa nie przypomina białych, falujących duchów, kochających swoich żyjących bliskich. Wszystkie straszydła są dość straszne i przesycone turpizmem. Choć gdy się pojwiają mogą wywołać uśmiech, ale to już bardziej kwestia jakiegoś zaniedbania lub za małego dystansu reżysera do całego filmu, przez co powstawała pewnego rodzaju groteska.

Ogólnie charakteryzacja i kostiumy wywarły na mnie ogromne wrażenie. Dom Crimson Peak również był przepiękny w swojej tajemniczości, grozie i ponurości. Z wielką dziurą w dachu i tak był zachwycającym wiktoriańskim pałacem. Gra światłem niwelowała wszelkie wątpliwości, jakoby był to jedynie plan filmowy, wyglądał raczej na żywy organizm cierpiący tak samo jak jego mieszkańcy.

Muzyki w filmie mogłabym słuchać jak ulubionych zespołów – po prostu z pełnym uwielbieniem. Co prawda, bliżej im do koncertów fortepianowych Chopina niż do aktualnej muzyki rozrywkowej, ale takie są te filmowe piękne utwory. Pośród tego, co wpadało w oko, ta muzyka wpadała w ucho i zasklepiała się na długo.

Cała historia nie była jedynie zlepkiem scen z Mią Wasikoską i Tomem Hiddlestonem wokół krwiście szkarłatnych duchów. Była to opowieść o makabrycznej i szalonej miłości, o dążeniu do marzeń i walki z przewrotnym losem. Całość oplatały glina, rozpacz i chęć lepszego życia. Wszystko opierało się na kontraście: szczęśliwe życie w rozpadającym się domu, jasna cera i blond włosy łączyły się z czarnym duchem, boleśnie biały śnieg i ta czerwona glina, a później także krew. Co więcej, ostatnie słowa bohaterki przedstawiały, kim są rzeczywiście mary z zaświatów. Były to postacie z jakąś historią, taką, która przykuła ich do ziemi i nie chciała puścić. Taką, która każe im żyć wiecznie. Jednak to nie oni chcieli pozostać na świecie, to żywi bohaterowie w podświadomości pragnęli pozostawić po sobie ślad. Te oto prawidła pokazują przenikanie się światów, siłę przywiązania i bezwzględnej miłości. Nie są jednak receptą ani algorytmem na właściwe postępowanie. Każdy sam musi odnaleźć własną drogę.