artykuł

Kocie pisarstwo

Mam teorię. Pisarze wolą koty. Historia zna pisarzy, którzy otaczali się tymi indywidualistami. Ale pewnie wyobrażam sobie, że je woleli, bo było mnóstwo pisarzy i z pewnością nadal jest, którzy mają i wolą psy albo inne świetne zwierzaki. Ja jednak mam kota. I choć pisarką nazywać się nie powinnam, to pisaniem trochę się zajmuję. A chyba już każdy, czytający ten blog dobrze to wie.

Lucjan jest w domu od niedawna, ale zadomowił się już całkowicie i teraz wymyśla coraz to nowe wygłupy. Jest słodziutki i nawet jak drapie kanapę, to przytulałabym go w nieskończoność. W końcu łowy i używanie pazurów to jego kocie dziedzictwo.

Nie mogę się nad nim nie rozpływać, kiedy piszę coś na telefonie, a on tym swoim puchatym łebkiem uderza w obudowę. I potem rusza czarnym noskiem, niuchając coś w powietrzu. Na sam koniec uwala się (nie kładzie) na mnie całym sobą i mruczy jak porządny traktor najnowszej generacji. No cudo!

A jak piszę na komputerze, to musi popisać ze mną. Wtedy ma dużo do powiedzenia. Zazwyczaj jednak usadawia się wygodnie na klawiaturze i włącza najróżniejsze funkcje, o których nie miałam pojęcia. I gdy go wezmę na ręce, zsuwa się znowu do poziomu laptopa. Za każdym razem zapomina, że już próbował obudowy i że na pewno jej nie pogryzie. Ale musi spróbować.

Mały figlarz jest takim uroczym stworzeniem, jak go sobie wymarzyłam. Mógłby trochę mniej drapać i grzebać w moich kosmetykach, ale co tam, widać to wyzwolony kot – też chce się malować! Pierwszego dnia podwędził mi gąbkę do makijażu. Nikt jej już więcej nie widział.

Moje pisarstwo wyobrażam sobie z takim kotkiem psotnikiem na kolanach lub leżącego obok i miauczącego coś na temat mojej książki. Nie cenić go to grzech. Tak jak dzisiaj bardzo zaciekle ze mną dyskutował. Ale chyba nie doszliśmy do porozumienia, bo spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym: – kobieto, czy ty w ogóle czaisz, co ja miauczę?

Mam poczucie, że każdy pisarski koto fan spotyka się z tego rodzaju sytuacjami. Są dziwne, zabawne, ale czasem irytujące i wymagające stanowczości lub interwencji. Jednak niezależnie od tego, jakiego ma się zwierzaka, wiem, że warto go mieć, aby dzień nie był nudny i szary, a natchnienie przychodziło samo z każdym wydaniem głosu, ziewnięciem, podaniem łapy, et cetera.

Reklamy
artykuł, książka, pisarstwo

Samodoskonalenie

Wreszcie  postanowienia noworoczne zaczynają się iścić. W języku angielskim jest taka ładna fraza: Dreams come true. – Marzenia stają się prawdą. Nasze iścić też jest odpowiednie – urzeczywistniać się. So… my dreams come true nowadays. Czuję ogromną satysfakcję.  Połowa jest nadal nie ruszona, ale druga połowa. Pierwszy raz mi się udaje.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

1. Jeszcze nie wysłałam, ale nie odpuszczę!
2. Już prawie schudłam 10 kilo, dokładnie 8 kg. To naprawdę dużo. Nie byłam nigdy jakoś bardzo gruba, ale szczupła też nigdy nie byłam. Zwykle mieściłam się w rozmiarze 40-42. Dwa lata temu doszło nawet do 44. Wtedy przystopowałam. Teraz 40 to norma, a zaraz mam nadzieję założyć spodnie r. 38.
3. Obronę będę miała pewnie w październiku. Do 30 września mam oddać pracę. Oczywiście, że nie jest skończona. Ale w ciągu miesiąca zrobiłam więcej niż w ciągu ostatniego roku, kiedy to powinnam pisać chociaż część teoretyczną.
4. Na wakacje raczej nigdzie nie wyjadę za granicę, chyba że tak na last minute. Byłam już w Krynicy Górskiej. To prawie jak być na Słowacji. Może da się to jakoś podciągnąć.
5. Uuu, nadal nie wychodzi, ale staram się i w końcu się uda.
6. Zdecydowanie nie jest z tym najlepiej, szczególnie że jestem zaczytana w książkach o komizmie i innych powieściach, które kupiłam już w tym roku.
7. byłam na koncercie. I był zaj*bisty! 6 marca bawiłam się jak nigdy!
8. Gitara jest w moim pokoju. Pięknie wygląda. I to tyle na razie. A perkusja… Cały czas umawiam się z moim chłopakiem, żeby mnie poduczył.
9. Aishiteiru. Saranghae. :D
10. Chyba jakoś kocham mocniej. Ale moja wredna natura jest nad wyraz silna. To trudne.

Chyba tylko ja robię sobie rachunek sumienia. Chyba przez to, że niedawno miałam urodziny i najwyższa pora jeszcze przed ćwierćwieczem pomyśleć o samodoskonaleniu siebie. Muszę zrobić zdjęcia do dyplomu. I znów poćwiczyć z Chodakowską. A Boże Kłamstwa… Gdy teraz w szczególności powinnam pisać pracę dyplomową, dobrze pisze mi się książkę.

Obrazek 1

Ach ten Word. Naprawdę nie masz w słowniku tych imion/nazwisk?

 

 

artykuł, książka, pisarstwo

Czas robi swoje

Nowy Rok nastał. Każdemu zostało kilka dni, kilka tygodni czy kilka miesięcy, aby stać się znowu o rok starszym. Czas mija coraz szybciej i trochę zaczynam się tego obawiać. Jednak z drugiej strony cieszę się, bo mam coraz więcej doświadczenia w życiu.

Czas robi swoje. A ty człowieku?
Stanisław Jerzy Lec

 Skoro Nowy Rok się zaczął, trzeba ustanowić kilka postanowień.  Jak co roku pewnie większość odejdzie w zapomnienie. Mam jednak nadzieję, że pewną część uda się zrealizować.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

Życzę wszystkim wytrwałości, spokoju ducha i szczęśliwości. Pogłębiania swoich pasji i miłości. 2015 rok RULEZ!

książka, pisarstwo

ROZDZIAŁ 4

Miałam zamiar napisać o czym innym. Recenzję pewnej książki, ale zajęłam się czym innym. Poprawianiem czwartego rozdziału. Postanowiłam pokazać Wam niewielką jego część. Tylko pierwszy fragment, który bardzo mi się podoba i trochę wywraca wszystko do góry nogami. Enjoy :)

———————-

Marel nie spodziewał się, że tak przyjaźnie przywitają go na komendzie. Usadzili go na wygodnym krzesełku, podali wody i przywalili w twarz tak, że zalał się krwią. A więc po to ta woda… Blondyn natychmiast przepłukał rozcięte usta, wypluwając czerwoną zawartość do kubełka obok krzesła.
– To co, będziesz gadał? – Baargh nie przebierał w środkach. Albo mówiłeś prawdę, którą on chciał usłyszeć, albo dostawałeś w mordę.
– Nie zabiłem… – Nawet nie dokończył; otrzymał kolejny cios w żuchwę. Tym razem Marelowi pociekła jedynie krew z nosa. – O co wam chodzi? – zaciskał zęby. – Mówię, że nie zabiłem, to znaczy, że nie zabiłem. To on chciał mnie zabić!
Ponownie poczuł pięść Baargh na twarzy. Był już tym zirytowany. Wiedział, że na świecie są różni gliniarze – układni i brutalni. Ten był jednym z brudnych Harrych, był wstanie sięgnąć po wszelkie środki, aby dopiąć swego. Blondyn miał go już serdecznie dość.
– Posłuchaj, – policjant nachylił się, patrząc Marelowi prosto w oczy; prawie dotykał swoim nosem jego nosa – my wiemy, co się wydarzyło, tylko grzecznie prosimy cię, abyś się przyznał, wtedy kara będzie łagodniejsza.
– Jaja sobie robisz? – parsknął blondyn, prawie opluwając funkcjonariusza. – Łagodniejsza kara? Po tym, co teraz mi fundujesz? Chyba nie. Od kiedy to przesłuchiwanego tak grzecznie się prosi? To raczej znęcanie się i tortury.
– Do tortur jeszcze nie doszliśmy – zagrzmiał basem. – Zresztą chcemy tylko, żebyś wyjawił prawdę. Poważnie zależy nam na niskim wymiarze kary.
Marel miał dość tego gadania. Wiedział, że ktoś się z nim i nim bawi. Ponownie splunął krwią, tym razem trafiając tuż obok stóp funkcjonariusza.
Baargh spojrzał na Marela spode łba.
– Nie rusza mnie to. Możesz pluć na moje buty, ile chcesz. Potem je wyczyszczę. Ty jednak możesz mieć problem z wytarciem swojej buźki, więc uważaj. Jak mówiłem, do tortur jeszcze nie doszliśmy, a to moja ulubiona forma rozrywki.
– Jesteś chory – wysyczał Marel przez zęby.
– Być może. Ale raczej nikt mi nie pomoże. Tobie też nie, jeśli nie zaczniesz gadać.
– Dobrze wiesz, że nic więcej nie powiem. Nie zabiłem go i już. Po co tyle zachodu? Znęcanie się nade mną, tylko po to, by usłyszeć, że go zabiłem. Kim on był? Prezydentem w tanim przebraniu jakiegoś drecha? Nawet nie widziałem jego twarzy.
Baargh przyglądał się uważnie mówiącemu, jakby oglądał znakomitą sztukę teatralną. Zajął nawet miejsce na krześle na przeciwko niego, założył nogę na nogę i skrzyżował umięśnione łapy na piersi.
– Fascynujące – parsknął nagle. – Faktycznie, nie będę się już tobą przejmował. Co za różnica, czy się przyznasz czy nie. To twoje życie. To nie ja będę siedział dożywocie w ciupie.
Wstał i poklepał Marela po ramieniu, dopowiadając sarkastycznie:
– Miło było cię poznać.
Odwrócił się do więźnia i ruszył w stronę drzwi. Gdy chwytał za klamkę do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany w szary, prążkowany garnitur. Włosy miał krótko ścięte, przyprószone siwizną.
– Robercie, – zwrócił się do muskularnego policjanta niskim, szorstkim głosem – powinieneś się trochę przewietrzyć.
Baargh patrzył przenikliwie na przybyłego mężczyznę. W jego oczach widać było szacunek i przywiązanie. Skłonił się nisko, kiwnął głową i wyszedł lekko zgarbiony.
– Witam, jestem inspektorem generalnym, Almour Bridge – przywitał Marela miękkim głosem. – Przepraszam za mojego podwładnego. To debil i neandertalczyk. Ale cóż, czasem nam takich potrzeba. – Mówił dziwnie troskliwym tonem, zdecydowanie niewspółgrającym z jego wzrokiem. Jego oczy nic nie wyrażały. Patrzyły na Marela, jakby oglądały próżnię. Ale słowa były pełne opiekuńczości. Pewnie pozornej opiekuńczości.
Marel zaczął mu się badawczo przyglądać. Gdzieś widział tę twarz. Lekkie zmarszczki wokół oczu i ust. Bruzdy na czole. Mężczyzna mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Wiedział, że blondyn przygląda mu się uważnie, analizując, kim jest. Jakoś to wiedział. Uśmiechnął się lekko. Marel, zmieszany, odwrócił wzrok. Gdzie, do cholery, już go widział? Skąd, do diaska, go zna? Kim on jest? Myślał intensywnie, nie patrząc już ani razu na starszego pana.
Mężczyzna usiadł na krześle tak jak wcześniej Baargh. Marel wciąż na niego nie patrzył, widział go jedynie kątem oka.
– Czy coś nie tak? Ja ci nic nie zrobię. W przeciwieństwie do Baargha potrafię się hamować.
Blondyn nie był pewien, czy może mu wierzyć. Coraz bardziej w miłym głosie słyszał szyderstwo. Coraz intensywniej też myślał o tym, kim był ów człowiek. Znał go, jak nic go znał.
– Marelu, powiesz mi, jak to było dziś w nocy? Zamordowałeś tamtego mężczyznę? – zapytał spokojnie, nie unosząc głosu.
Więzień milczał. Nie skupił się na pytaniach. Nie wiedział, o czym ma mówić. Kim jesteś? Kim…?
– Marelu, – powtórzył – zamordowałeś tamtego mężczyznę?
Blondyn patrzył przed siebie. Nie słuchał inspektora. Cały czas analizował, skąd go znał.
Bridge, usłyszał gdzieś z tyłu głowy. Tak się przedstawił. Pieprzony Bridge… Przecież znał to nazwisko. Ale mogło być jak każde inne. Jednak Almour… Chwila… Chwila! Natłok myśli rozsadzał mu mózg. Przecież Almour Brigde… nie żyje… Spojrzał na posiwiałego mężczyznę. Zmarszczki i siwizna… Teraz tak wygląda. Kiedyś miał kruczoczarne włosy i gładką skórę. Ale to Bridge. Na pewno ten Almour Bridge… który nie żył…
Patrzył jeszcze przez chwilę na policjanta przed sobą. Do jego uszu dotarło w końcu pytanie o morderstwo.
– Nie! – wykrzyczał nagle, wyrywając się jakby z sennego koszmaru. – Nie zabiłem go! Ale… Ale widziałem, jak ty giniesz…

artykuł, komentarz, pisarstwo

Dynamika życia i śmierci

Życie i śmierć. Tak łatwo nimi manipulować, gdy jest się pisarzem i gdy samemu stworzyło się postacie. Ale to tylko złudzenie. Wspominałam o tym, oczywiście, że stworzyłam postacie, które na pewno zginą lub przeżyją, ale są też takie, o których losie jeszcze nie zdecydowałam. Jednak właśnie czytam Próby ognia, czyli drugi tom trylogii Więźnia labiryntu i dostaję świra jak ci Poparzeńcy. Na własne życzenie dowiedziałam się, że zginie ktoś, kto chciałabym, aby przeżył. I czuję naprawdę ogromną pustkę.

IMG_2324.JPG

Dotychczas czułam coś takiego w przypadku może trzech lub czterech bohaterów, teraz czuję to w stosunku do kolejnego. I myślę sobie, że rozwiązałam swój

d y l e m a t

Nie ma wręcz możliwości, abym pozbyła się pewnych postaci, które uwielbiam i dzięki, którym ta książka żyje. Czy to profesjonalne? Pewnie nie. Ale czy pisanie ma być aż tak profesjonalne, żebym miała zatracać emocje i całkowicie dystansować się do tego, co i o czym piszę?

Bullshit!

Staram się pisać poprawnie, tworzyć rzeczywistość, aby była prawdopodobna lub rzeczywista. O tym też już kiedyś wspominałam. Pisarz musi być krawcową, rzeźnikiem, prawnikiem, lekarzem, psychologiem i socjologiem oraz innymi osobami. Pisarz musi mieć niemalże mnogą osobowość jak William Miligan, który wraz ze swoją osobowością miał ich dwadzieścia cztery. Kiedy rzeczywiście był SOBĄ? Chyba nawet on sam nie wiedział. To czy pisarz potrafi odnaleźć siebie w tym zamieszaniu? Musi. Przez to, że pisarz wie, przez to, że wykonuje tyle zawodów, może tworzyć realną rzeczywistość. A jeśli czego nie wie, to się dowie lub zmieni konwencję.

Mając tyle osobowości, jakże mogłabym nie współodczuwać, nie rozumieć postaci, o których piszę i nie chcieć ich dobra, jeśli na to zasługują? Czasem bywam okrutna, ale prawdą jest, że wszystkie stworzone przeze mnie postaci są po części odbiciem mnie samej, moich trosk, nadziei i chęci. Są jakby moimi dziećmi. James Dashner albo nie czuł więzi, albo obrał inną drogę. Każdy spogląda na to inaczej. W każdym razie moje serce krwawi. Także zostawcie mnie w spokoju, abym mogła się wypłakać po śmierci ukochanego bohatera.

artykuł, pisarstwo

Jak przetrwać z pisarzem

Parę dni temu mój narzeczony przesłał mi taką grafikę pt. „Jak przetrwać z pisarzem”. Uśmiałam się i trochę zaniepokoiłam, bo autor tej listy ma całkowitą rację. Na pewno nie wszystko w równym stopniu mnie dotyczy, ale nie da się ukryć, że wszystkie punkty dotyczą mojej osoby.Myślę, że wielu innych osób, które piszą, również dotyczy ta grafika, ale nie będę przecież pisała w ich imieniu, jedynie mogę to zrobić w stosunku do mnie samej.

1. Nie cierpię, kiedy ktoś mnie pyta, kiedy w końcu wydam książkę, bo skąd mam to wiedzieć? Wydam wtedy, gdy nadejdzie pora, gdy w całości ją skończę i wyślę do wydawnictwa, a ono ją przyjmie. Naprawdę to pytanie deprymuje równie mocno jak pytanie „Kiedy dojdziesz?”.

2. W zasadzie do tego pytania można się różnie ustosunkować, bo zależy, czy ja również uważam ten bestseller za bestseller, a dokładniej coś godnego przeczytania. A zresztą nawet jeśli, to nie będę się zajmowała takimi pierdołami. To pytanie jest nieco uwłaczające, jak pytanie „Czy chciałbyś być ojcem mojego syna (który i tak już żyje)?”.

3. To się nazywa nieznajomość prawdziwej twórczości. Na pewno malarze, muzycy i inni artyści mają podobny problem – NAWET JAK MAM CZAS, TO I TAK NIE MOGĘ NICZEGO STWORZYĆ! Więc uprzejmie nie mów mi, że nie masz czasu na napisanie książki. Bo gdyby problemem był tylko czas, to już dawno napisałabym dziesięć tomów.

4. Z tego można się tylko pośmiać. xD

5. I tu właśnie mamy nawiązanie do punktu nr 3. Czas, kiedy pisarz pisze jest ZŁOTEM! Nie odbieraj mu go! Nie odbieraj go mi! PROOOOOSZĘ!

6. Z tego też można się pośmiać, ale za drugiej strony radzę wziąć to sobie do serca, szczególnie jeżeli pisarz bywa wredny i mściwy – czyli ja ;) Pisarze w ogóle lubią opisywać to, co widzą i to, co się wokół nich dzieje, a kłótnie są szczególnie fascynujące.

7. Patrz punkt wyżej.

8. E tam, ja któregoś razu na imprezie u kolegi pisałam książkę. Akurat wzięłam wtedy ze sobą tablet i napisałam chyba ze trzy strony. TRZY STRONY TO NAPRAWDĘ BARDZO DUŻO!

9. TAK, TAK, TAK, ładnie proszę :D Kwiatkami książki przecież nie napiszę!

10. Nie uznaję odmowy! Ale gdyby takowa nadeszła, to herbata, ciastko i przytulenie zdecydowanie się przydadzą.

 

 

PS Szukam pracy, jeśli ktoś widział i coś wie, to proszę się odzywać. ;)

artykuł, pisarstwo

Notatek 1000-500-100-900

Postanowiłam pokazać wreszcie część świata mojej książki, a dokładniej pokazać Wam, ile notatek zrobiłam, ile rękopisów napisałam. Większość była pisana w metrze podczas podróży na uczelnię lub już na samej uczelni. Zrobiłam taką prowizoryczną teczkę, do której wkładam każdą kartkę zapisaną tekstem związanym z książką.

image

Może się wydawać, że nie jest tego dużo, ale naprawdę tych kartek jest kilkadziesiąt i niektóre zawierają nawet pełne rozdziały.

image

Nawet wydrukowałam kilka rozdziałów napisanych na komputerze, które miałam sprawdzić. Rzeczywiście szybciej, sprawniej i prościej się sprawdza jakiś tekst, kiedy nie jest na ekranie komputera. Czerwony lub zielony długopis i życie staje się piękniejsze.

image

Poza tym kiedy czasem przychodziły pomysły na jakieś postacie, od razu zapisywałam ich ogólną charkterystykę, ale robiłam to dopiero w tracie pisanie kolejnych rozdziałów. Na samym początku szłam na żywioł, jednak w pewnym momencie zaczynasz się zastanawiać, jak ta postać wyglądała i czym się zajmowała.

image

Nie ma się co łudzić, że wszystkie te cechy pozostały takie, jak je sobie wymyśliłam na początku. Postacie ewoluują, ja również. Nieraz jakaś scena wymaga, aby dana postać miała inny charakter, o ile rzeczywiście da się go zmienić. Niektóre postacie powstają po to, aby być ofiarami losu lub żeby zginąć w odpowiednim momencie. Może autor jest bezwzględny? George R.R. Martin na pewno :P Ja trochę też. Uprzykrzam życie moim ulubionym postaciom. Owszem ma ulubione postacie w mojej książce i mam też takie, których nie cierpię. Czasem też jakaś postać wcale nie została stworzona, żeby zostać zabitą. Akcja sama się tak układa, że nie ma wyjścia, musi zginąć. Ale zdarzą się również, że postać, która miała być ofiarą, przeżywa, bo takie mam widzimisię. Los jest nieprzewidywalny, również w książkach. Niektórzy autorzy mają wszystko dokładnie opracowane, ja nie mam w ogóle. Wszystko może się zdarzyć. Zależy od mojego humoru, chęci i uporu.

image