Dobre czy złe zakończenie

Zadałam sobie ostatnio pytanie, czy wolę czytać książki, które kończą się w pozytywny, optymistyczny szczęśliwy sposób czy jednak te ze smutnym, złym zakończeniem. Patrząc na to, że książek ze złym zakończeniem jest jak na lekarstwo, trudno jest przeczytać ich na tyle dużo by móc porównać te dwa obozy. Właściwie patrzenie na to, co jest dobre a co złe, to dość indywidualna kwestia. Dla mnie kieskie było to, że Harry Potter przeżył, ale czy samo zakończenoie było złe?

Zadaję sobie to pytanie, ponieważ wciąż nie wiem, jakie będzie zakończenie książki, którą piszę. Albo raczej trylogii, którą piszę – pierwszy tom zna już swój koniec. Mogę zdradzić, że różnie można na nie spojrzeć. Bohaterowe „wygrywają” i „przegrywają”.

A właśnie to jest zastanawiające w zakończeniu. Czy czytając książkę, myślimy o zakończeniu, odnosząc się do siebie czy do bohaterów powieści?

Każdy człowiek ma własne wyobrażenie szczęścia i nieszczęścia. Wszystko zależy od naszych doświadczeń i pragnień. I wszystko zależy też od gatunku utworu. Wyobraźmy sobie romans zakończony tragicznie. Nie nastraja on nadzieją i radością. A przecież zakończenie romansu jest tylko jedno – Żyli długo i szczęśliwie. Kryminał kojarzy się raczej realistycznie, ale też pragniemy bardziej rozwiązania zagadki i ukarania zbrodniarza niż wymknięcia się go stróżom prawa, bo wtedy sprawiedliwość nie miałaby żadnego znaczenia. Musi być zachowana równowaga w przyrodzie.

Kiedy myślę o zakończeniu mojej książki, myślę o moich bohaterach, co będzie dla nich dobre, czego się nauczą, czego doświadczą, czy będą szczęśliwi, czy będą realistyczni. Najbardziej nie lubię, kiedy utwory fikcyjne nie są „realne”, nawet będąc zbudowane na gruncie czystej wyobraźni, kiedy świat rzeczywisty nie mógłby istnieć i tak samo bohaterowie nie mogliby żyć w naszym świecie. Cała fabuła musi być dostosowana do realiów danej rzeczywistości i jej praw egzystencjalnych. Wobec tego, co znaczy dobre/złe zakończenie?

A może tak naprawdę książka nie powinna mieć zakończenia…

Samodoskonalenie

Wreszcie  postanowienia noworoczne zaczynają się iścić. W języku angielskim jest taka ładna fraza: Dreams come true. – Marzenia stają się prawdą. Nasze iścić też jest odpowiednie – urzeczywistniać się. So… my dreams come true nowadays. Czuję ogromną satysfakcję.  Połowa jest nadal nie ruszona, ale druga połowa. Pierwszy raz mi się udaje.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

1. Jeszcze nie wysłałam, ale nie odpuszczę!
2. Już prawie schudłam 10 kilo, dokładnie 8 kg. To naprawdę dużo. Nie byłam nigdy jakoś bardzo gruba, ale szczupła też nigdy nie byłam. Zwykle mieściłam się w rozmiarze 40-42. Dwa lata temu doszło nawet do 44. Wtedy przystopowałam. Teraz 40 to norma, a zaraz mam nadzieję założyć spodnie r. 38.
3. Obronę będę miała pewnie w październiku. Do 30 września mam oddać pracę. Oczywiście, że nie jest skończona. Ale w ciągu miesiąca zrobiłam więcej niż w ciągu ostatniego roku, kiedy to powinnam pisać chociaż część teoretyczną.
4. Na wakacje raczej nigdzie nie wyjadę za granicę, chyba że tak na last minute. Byłam już w Krynicy Górskiej. To prawie jak być na Słowacji. Może da się to jakoś podciągnąć.
5. Uuu, nadal nie wychodzi, ale staram się i w końcu się uda.
6. Zdecydowanie nie jest z tym najlepiej, szczególnie że jestem zaczytana w książkach o komizmie i innych powieściach, które kupiłam już w tym roku.
7. byłam na koncercie. I był zaj*bisty! 6 marca bawiłam się jak nigdy!
8. Gitara jest w moim pokoju. Pięknie wygląda. I to tyle na razie. A perkusja… Cały czas umawiam się z moim chłopakiem, żeby mnie poduczył.
9. Aishiteiru. Saranghae. :D
10. Chyba jakoś kocham mocniej. Ale moja wredna natura jest nad wyraz silna. To trudne.

Chyba tylko ja robię sobie rachunek sumienia. Chyba przez to, że niedawno miałam urodziny i najwyższa pora jeszcze przed ćwierćwieczem pomyśleć o samodoskonaleniu siebie. Muszę zrobić zdjęcia do dyplomu. I znów poćwiczyć z Chodakowską. A Boże Kłamstwa… Gdy teraz w szczególności powinnam pisać pracę dyplomową, dobrze pisze mi się książkę.

Obrazek 1

Ach ten Word. Naprawdę nie masz w słowniku tych imion/nazwisk?

 

 

Czas robi swoje

Nowy Rok nastał. Każdemu zostało kilka dni, kilka tygodni czy kilka miesięcy, aby stać się znowu o rok starszym. Czas mija coraz szybciej i trochę zaczynam się tego obawiać. Jednak z drugiej strony cieszę się, bo mam coraz więcej doświadczenia w życiu.

Czas robi swoje. A ty człowieku?
Stanisław Jerzy Lec

 Skoro Nowy Rok się zaczął, trzeba ustanowić kilka postanowień.  Jak co roku pewnie większość odejdzie w zapomnienie. Mam jednak nadzieję, że pewną część uda się zrealizować.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

Życzę wszystkim wytrwałości, spokoju ducha i szczęśliwości. Pogłębiania swoich pasji i miłości. 2015 rok RULEZ!

ROZDZIAŁ 4

Miałam zamiar napisać o czym innym. Recenzję pewnej książki, ale zajęłam się czym innym. Poprawianiem czwartego rozdziału. Postanowiłam pokazać Wam niewielką jego część. Tylko pierwszy fragment, który bardzo mi się podoba i trochę wywraca wszystko do góry nogami. Enjoy :)

———————-

Marel nie spodziewał się, że tak przyjaźnie przywitają go na komendzie. Usadzili go na wygodnym krzesełku, podali wody i przywalili w twarz tak, że zalał się krwią. A więc po to ta woda… Blondyn natychmiast przepłukał rozcięte usta, wypluwając czerwoną zawartość do kubełka obok krzesła.
– To co, będziesz gadał? – Baargh nie przebierał w środkach. Albo mówiłeś prawdę, którą on chciał usłyszeć, albo dostawałeś w mordę.
– Nie zabiłem… – Nawet nie dokończył; otrzymał kolejny cios w żuchwę. Tym razem Marelowi pociekła jedynie krew z nosa. – O co wam chodzi? – zaciskał zęby. – Mówię, że nie zabiłem, to znaczy, że nie zabiłem. To on chciał mnie zabić!
Ponownie poczuł pięść Baargh na twarzy. Był już tym zirytowany. Wiedział, że na świecie są różni gliniarze – układni i brutalni. Ten był jednym z brudnych Harrych, był wstanie sięgnąć po wszelkie środki, aby dopiąć swego. Blondyn miał go już serdecznie dość.
– Posłuchaj, – policjant nachylił się, patrząc Marelowi prosto w oczy; prawie dotykał swoim nosem jego nosa – my wiemy, co się wydarzyło, tylko grzecznie prosimy cię, abyś się przyznał, wtedy kara będzie łagodniejsza.
– Jaja sobie robisz? – parsknął blondyn, prawie opluwając funkcjonariusza. – Łagodniejsza kara? Po tym, co teraz mi fundujesz? Chyba nie. Od kiedy to przesłuchiwanego tak grzecznie się prosi? To raczej znęcanie się i tortury.
– Do tortur jeszcze nie doszliśmy – zagrzmiał basem. – Zresztą chcemy tylko, żebyś wyjawił prawdę. Poważnie zależy nam na niskim wymiarze kary.
Marel miał dość tego gadania. Wiedział, że ktoś się z nim i nim bawi. Ponownie splunął krwią, tym razem trafiając tuż obok stóp funkcjonariusza.
Baargh spojrzał na Marela spode łba.
– Nie rusza mnie to. Możesz pluć na moje buty, ile chcesz. Potem je wyczyszczę. Ty jednak możesz mieć problem z wytarciem swojej buźki, więc uważaj. Jak mówiłem, do tortur jeszcze nie doszliśmy, a to moja ulubiona forma rozrywki.
– Jesteś chory – wysyczał Marel przez zęby.
– Być może. Ale raczej nikt mi nie pomoże. Tobie też nie, jeśli nie zaczniesz gadać.
– Dobrze wiesz, że nic więcej nie powiem. Nie zabiłem go i już. Po co tyle zachodu? Znęcanie się nade mną, tylko po to, by usłyszeć, że go zabiłem. Kim on był? Prezydentem w tanim przebraniu jakiegoś drecha? Nawet nie widziałem jego twarzy.
Baargh przyglądał się uważnie mówiącemu, jakby oglądał znakomitą sztukę teatralną. Zajął nawet miejsce na krześle na przeciwko niego, założył nogę na nogę i skrzyżował umięśnione łapy na piersi.
– Fascynujące – parsknął nagle. – Faktycznie, nie będę się już tobą przejmował. Co za różnica, czy się przyznasz czy nie. To twoje życie. To nie ja będę siedział dożywocie w ciupie.
Wstał i poklepał Marela po ramieniu, dopowiadając sarkastycznie:
– Miło było cię poznać.
Odwrócił się do więźnia i ruszył w stronę drzwi. Gdy chwytał za klamkę do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany w szary, prążkowany garnitur. Włosy miał krótko ścięte, przyprószone siwizną.
– Robercie, – zwrócił się do muskularnego policjanta niskim, szorstkim głosem – powinieneś się trochę przewietrzyć.
Baargh patrzył przenikliwie na przybyłego mężczyznę. W jego oczach widać było szacunek i przywiązanie. Skłonił się nisko, kiwnął głową i wyszedł lekko zgarbiony.
– Witam, jestem inspektorem generalnym, Almour Bridge – przywitał Marela miękkim głosem. – Przepraszam za mojego podwładnego. To debil i neandertalczyk. Ale cóż, czasem nam takich potrzeba. – Mówił dziwnie troskliwym tonem, zdecydowanie niewspółgrającym z jego wzrokiem. Jego oczy nic nie wyrażały. Patrzyły na Marela, jakby oglądały próżnię. Ale słowa były pełne opiekuńczości. Pewnie pozornej opiekuńczości.
Marel zaczął mu się badawczo przyglądać. Gdzieś widział tę twarz. Lekkie zmarszczki wokół oczu i ust. Bruzdy na czole. Mężczyzna mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Wiedział, że blondyn przygląda mu się uważnie, analizując, kim jest. Jakoś to wiedział. Uśmiechnął się lekko. Marel, zmieszany, odwrócił wzrok. Gdzie, do cholery, już go widział? Skąd, do diaska, go zna? Kim on jest? Myślał intensywnie, nie patrząc już ani razu na starszego pana.
Mężczyzna usiadł na krześle tak jak wcześniej Baargh. Marel wciąż na niego nie patrzył, widział go jedynie kątem oka.
– Czy coś nie tak? Ja ci nic nie zrobię. W przeciwieństwie do Baargha potrafię się hamować.
Blondyn nie był pewien, czy może mu wierzyć. Coraz bardziej w miłym głosie słyszał szyderstwo. Coraz intensywniej też myślał o tym, kim był ów człowiek. Znał go, jak nic go znał.
– Marelu, powiesz mi, jak to było dziś w nocy? Zamordowałeś tamtego mężczyznę? – zapytał spokojnie, nie unosząc głosu.
Więzień milczał. Nie skupił się na pytaniach. Nie wiedział, o czym ma mówić. Kim jesteś? Kim…?
– Marelu, – powtórzył – zamordowałeś tamtego mężczyznę?
Blondyn patrzył przed siebie. Nie słuchał inspektora. Cały czas analizował, skąd go znał.
Bridge, usłyszał gdzieś z tyłu głowy. Tak się przedstawił. Pieprzony Bridge… Przecież znał to nazwisko. Ale mogło być jak każde inne. Jednak Almour… Chwila… Chwila! Natłok myśli rozsadzał mu mózg. Przecież Almour Brigde… nie żyje… Spojrzał na posiwiałego mężczyznę. Zmarszczki i siwizna… Teraz tak wygląda. Kiedyś miał kruczoczarne włosy i gładką skórę. Ale to Bridge. Na pewno ten Almour Bridge… który nie żył…
Patrzył jeszcze przez chwilę na policjanta przed sobą. Do jego uszu dotarło w końcu pytanie o morderstwo.
– Nie! – wykrzyczał nagle, wyrywając się jakby z sennego koszmaru. – Nie zabiłem go! Ale… Ale widziałem, jak ty giniesz…

Dynamika życia i śmierci

Życie i śmierć. Tak łatwo nimi manipulować, gdy jest się pisarzem i gdy samemu stworzyło się postacie. Ale to tylko złudzenie. Wspominałam o tym, oczywiście, że stworzyłam postacie, które na pewno zginą lub przeżyją, ale są też takie, o których losie jeszcze nie zdecydowałam. Jednak właśnie czytam Próby ognia, czyli drugi tom trylogii Więźnia labiryntu i dostaję świra jak ci Poparzeńcy. Na własne życzenie dowiedziałam się, że zginie ktoś, kto chciałabym, aby przeżył. I czuję naprawdę ogromną pustkę.

IMG_2324.JPG

Dotychczas czułam coś takiego w przypadku może trzech lub czterech bohaterów, teraz czuję to w stosunku do kolejnego. I myślę sobie, że rozwiązałam swój

d y l e m a t

Nie ma wręcz możliwości, abym pozbyła się pewnych postaci, które uwielbiam i dzięki, którym ta książka żyje. Czy to profesjonalne? Pewnie nie. Ale czy pisanie ma być aż tak profesjonalne, żebym miała zatracać emocje i całkowicie dystansować się do tego, co i o czym piszę?

Bullshit!

Staram się pisać poprawnie, tworzyć rzeczywistość, aby była prawdopodobna lub rzeczywista. O tym też już kiedyś wspominałam. Pisarz musi być krawcową, rzeźnikiem, prawnikiem, lekarzem, psychologiem i socjologiem oraz innymi osobami. Pisarz musi mieć niemalże mnogą osobowość jak William Miligan, który wraz ze swoją osobowością miał ich dwadzieścia cztery. Kiedy rzeczywiście był SOBĄ? Chyba nawet on sam nie wiedział. To czy pisarz potrafi odnaleźć siebie w tym zamieszaniu? Musi. Przez to, że pisarz wie, przez to, że wykonuje tyle zawodów, może tworzyć realną rzeczywistość. A jeśli czego nie wie, to się dowie lub zmieni konwencję.

Mając tyle osobowości, jakże mogłabym nie współodczuwać, nie rozumieć postaci, o których piszę i nie chcieć ich dobra, jeśli na to zasługują? Czasem bywam okrutna, ale prawdą jest, że wszystkie stworzone przeze mnie postaci są po części odbiciem mnie samej, moich trosk, nadziei i chęci. Są jakby moimi dziećmi. James Dashner albo nie czuł więzi, albo obrał inną drogę. Każdy spogląda na to inaczej. W każdym razie moje serce krwawi. Także zostawcie mnie w spokoju, abym mogła się wypłakać po śmierci ukochanego bohatera.

Korektor non profit

Odchodząc od poprawiania tego, co moje, poprawiam książkę znajomego, ale tylko pod względem interpunkcyjnym, ortograficznym i składniowym. Oczywiście nie będę poprawiała treści pod względem merytorycznym, bo to nie moja książka, ale jest mi bardzo przyjemnie, kiedy mogę wcielić się w rolę korektora.

Kto mnie zna, ten wie, jak bardzo lubię poprawiać błędy w książkach, gazetach, wypracowaniach itd. Robiłam to wielokrotnie, non profit, bo sprawia mi to po prostu radość. Nie ukrywam jednak, że chciałabym choć w niewielkim stopniu zajmować się tym zawodowo lub otrzymywać za to choć niewielkie wynagrodzenie. Na razie moje nazwisko jako korektora lub podziękowania wystarczą mi w zupełności, ale co będzie później?

W każdym razie:

Pisanie nie oznacza myślenia; to przedrzeźnianie albo co najwyżej imitacja myśli.
Emil Cioran

Nie wiem, czy rozumiem ten cytat właściwie, ale według mnie idealnie odnosi się do tego, co czują pisarze. Mają w głowie milion myśli i muszą jakoś ubrać je w słowa, więc wymyślają, imitują te myśli, przekładają ja na wyrazy i zdania, a chyba każdy wie, jak czasem trudno jest coś powiedzieć. I pewnie mój znajomy czuje to samo. Ale sam też wie, że nie należy się poddawać, nawet jak coś nie wychodzi, a czas ucieka gdzieś wczoraj i w zeszłym miesiącu czy roku. Wręcz byłoby głupio, gdyby teraz zrezygnował, chociażby dlatego że naprawdę daleko zaszedł. Skończona seria, która trzeba tylko sprawdzić i wydać. To już najmniejszy pikuś.

Ja zawsze zachęcam każdego, kto choć odrobinę pisze, żeby kończył to, co zaczął. Można nie dokończyć obiadu, bo za dużo lub nie dokończyć zmywania, bo się nie chce, ale prawdziwe pisanie wiąże się z tym, że nigdy nie jest za dużo i nigdy nie chce się skończyć!* Serdecznie polecam! ;)

* Skończyć opowiadanie czy książke – O.K., skończyć z pisaniem – nigdy w życiu!

Świadomość i podświadomość

Słuchałam w radiowej Jedynce wywiadu z Ewą Farną, która mówiła o najbardziej cenionej przez nią piosence z jej pierwszej czeskiej i polskiej płyty. Dalej mówiła o zmianie, jaka zaszła w niej, w jej głosie i wtedy zauważyłam pewną analogię. Już niejednokrotnie o tym mówiłam, ale po prostu tak bardzo utożsamiam się z tym, o czym mówiła Ewa Farna, że aż ogarnęło mnie wzruszenie. Mówiła o tym, że gdy słucha swoich starych piosenek, zaśmiewa się, nie dowierzając, że stworzyła coś takiego, ale widzi dzięki temu, jak dojrzała i niczego się nie wstydzi. Ja mam tak samo, tylko że ja zaśmiewam się, czytając to, co napisałam. Dodatkowo cały czas mogę coś zmienić w tym, co napisałam, jeśli chcę. Ona teoretycznie też może zrobić coś takiego, ale jakby nie było w świecie muzycznym jest to rzadkie. A może wcale nie? Remiksy, covery… samemu też można zrobić remiks lub nagrać cover własnej piosenki, choć to drugie jest trochę dziwne. Poza tym znaczące jest upublicznienie swoich utworów. Ja moje upubliczniam tylko w Internecie, niby każdy ma dostęp, ale mało kto to czyta i mało kto mnie zna, a Ewę Farną zna prawie każdy, wie o jej istnieniu. Tak się sprawy mają z każdą inną publiczną osobą. Ja nią nie jestem. Może jak wydam książkę, to może dołączę do tych osób publicznych, ale nie ma co ukrywać, pisarze są mało rozpoznawani, na pewno mniej niż piosenkarze czy aktorzy, a tym bardziej politycy, bo w końcu trzeba wiedzieć, do kogo strzelać.

Sama stawiam się teraz w roli dziennikarza i artysty, który odpowiada na pytania. Już kiedyś bawiłam się tak sama ze sobą. Napisałam wtedy wywiad samej ze sobą. Teraz jest on dla mnie śmieszny, ale wtedy był dość ważny. Jakby nie było wciąż jest wartościowy. Pokazuje mnie sprzed siedmiu czy ośmiu lat. Ale nie jego cenię najbardziej. Pisałam kiedyś taką serię krótkich, naprawdę krótkich opowiadań. Chciałam stworzyć z nich coś naprawdę znaczącego i upublicznić na dużą skalę. Seria miała nosić tytuł Agonia Śmierci i miała dotyczyć Tanatosa wewnątrz pojedynczej jednostki. Od razu przypomina mi się twierdzenie Freuda, że życiem kierują dwie siły: Eros i Tanatos. Myślę, że w dużej mierze miał rację. Ja skupiłam się wtedy jedynie na tym drugim. Pewnie miałam jakiś kiepski okres, nostalgiczny, depresyjny, melancholijny, zbyt myślowy. Ale kiedy całkiem niedawno wróciłam do tych utworów, to po pierwsze stwierdziłam, że powinnam rozwinąć te opowiadanka pod względem formy, bo treść wydaje mi się dość nasycona i napisać coś więcej, że rzeczywiście dobrze byłoby kontynuować. Zauważam, że ja chcę zmieniać i udoskonalać moje teksty, dopełniać myśli i wkładać w nie nowe doświadczenia, dopóki nie staną się w moich oczach wystarczająco dobre. Czy jednak mogę napisać, że cenię je najbardziej? Chyba nie do końca. Aczkolwiek są dla mnie bardzo ważne.

Mówiąc o cenieniu, myślę o Aliadzie. Pod wpływem Portretu Doriana Grey’a Oscara Wilde’a postanowiłam napisać własną powieść i jest ona tą pierwszą, najbardziej ukochaną. Nawet Boże Kłamstwa, choć im jest bliżej do końca niż Aliadtowi, i tak cenię najbardziej. Myślę, że to dlatego, bo to dzięki niemu zaczęłam poważnie myśleć o pisaniu, o wydawaniu, ale i o udostępnianiu części samej siebie. Łzy zbierają mi się w oczach, kiedy o tym piszę, bo naprawdę przeżywam to, co przeżywa każdy, o kim piszę. I dla kogoś to, co piszę, może być głupotą, nieskładnym dobraniem liter, sylab i wyrazów, może nie będą to arcydzieła pokroju Dziadów, zawierających historię historii, ale czy właśnie chodzi o to, by odczytać coś wartościowego dla świata? Raczej chcemy się utożsamiać i wiedzieć, że nie jesteśmy sami na świecie. Słuchając przygnębiającej piosenki, kiedy jest nam źle, nie słuchamy jej po to, by jeszcze bardziej się pogrążyć, ale po to, żeby kolejny raz dotarło do nas, że ktoś cierpi równie mocno co my. Choć w sumie niektórzy są masochistami.

Nie doceniamy siły podświadomości, a w niej wiele jest ukryte. Zajrzyjcie w głąb siebie. Po co pisać blogi o tym, jak wychowuje się moje dziecko, o tym, jak postępuje moja choroba, o tym, jak upiec ciasto, o tym, jak napisać książkę? Świadomie piszę, bo chcę się podzielić moimi odczuciami, uświadomić tych, którzy zajrzą na ten blog, że napisanie książki wcale nie jest takie proste, jeśli jeszcze nie mieli okazji tego zrozumieć – proste jest przeczytanie książki. Podświadomie jednak, a wiem to, bo staję z prawdą twarzą w twarz, chcę czytać komentarze, w których dostrzegę moje odbicie, z którymi się utożsamię, których autorzy mają tak samo jak ja, ale też w których będzie krytyka, dzięki której będę się doskonalić i pochwała, która doda mi skrzydeł.

A co mówi Twoja podświadomość?

P.S. Może jestem wyrachowana i egocentryczna? A może po prostu cały czas czegoś mi brakuje? Może gonię za akceptacją, żeby sama siebie zaakceptować?