Pisanie po serialu

Niesamowite. Myślałam, że zapał i Wen opuścili mnie na zawsze, ale jednak mieliśmy jakiś zgrzyt w naszym długoletnim związku.

Niedawno zaczęłam nałogowo oglądać popularne seriale. Flash. Arrow. Daredevil.  Niedawno postanowiłam wziąć się za Shadowhunters, choć po porażce ekranizacji bałam się, co zastanę. Czy to będzie kolejny niewypał i płacz w poduszkę, że naprawdę nikt nie umie nakręcić porządnych Darów Anioła? Czy może szczęście będzie po ich stronie?

Cóż pierwsze trzy tomy serii autorstwa Cassandry Clare przeczytałam nie raz. Nie są wybitną literaturą, ale wystarczy mi, że wciągnęły mnie w akcję. I choć bardzo sceptycznie, to miałam nadzieję, że serial też nie pozwoli mi odejść, dopóki całego nie obejrzę.

Otóż, jak na razie czekam na ostatni odcinek pierwszego sezonu. Nie pałam wielką miłością do całości, która mocno różni się od książek (z czego tym razem się cieszę), ale niektóre postacie są tak cudowne, że dla nich jestem w stanie obejrzeć choćby najnudniejszą scenę. I jak to pieknie powiedział Magnus Bane do Aleka: You unlock something in me. Więc zaczęłam znowu pisać! (Szkoda, że nie magistra.)

Najpierw postanowiłam, że w końcu przeczytam sobie całość. W trakcie czytania dostrzegłam niespójność w rozdziałach. Napisałam coś w piątym, a z siódmego wynika, że tego nie było albo powtarzałam niektóre sceny. I tak w kółko. Męcząca sprawa, ale chyba się cieszę. Przynajmniej znów widzę światło.


Chyba wychodzę od tego samego wniosku. Jeśli coś brzmi jakby było napisane, przerabiam to. Brzmi prosto. Ale nie zawsze łatwo jest coś przerobić. Pisanie wymaga naprawdę ogromnego dystansu. I trudno go osiagnąć, gdy chce się jak najlepiej dla swoich bohaterów. Ja moich prawie wszystkich kocham. Z jednym wyjątkiem, którego nie cierpię i paroma postaciami w stosunku, do których mam sadystyczne zapędy.

A na podsumowanie dowód, że pisanie jest bardzo proste!

Reklamy

Samodoskonalenie

Wreszcie  postanowienia noworoczne zaczynają się iścić. W języku angielskim jest taka ładna fraza: Dreams come true. – Marzenia stają się prawdą. Nasze iścić też jest odpowiednie – urzeczywistniać się. So… my dreams come true nowadays. Czuję ogromną satysfakcję.  Połowa jest nadal nie ruszona, ale druga połowa. Pierwszy raz mi się udaje.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

1. Jeszcze nie wysłałam, ale nie odpuszczę!
2. Już prawie schudłam 10 kilo, dokładnie 8 kg. To naprawdę dużo. Nie byłam nigdy jakoś bardzo gruba, ale szczupła też nigdy nie byłam. Zwykle mieściłam się w rozmiarze 40-42. Dwa lata temu doszło nawet do 44. Wtedy przystopowałam. Teraz 40 to norma, a zaraz mam nadzieję założyć spodnie r. 38.
3. Obronę będę miała pewnie w październiku. Do 30 września mam oddać pracę. Oczywiście, że nie jest skończona. Ale w ciągu miesiąca zrobiłam więcej niż w ciągu ostatniego roku, kiedy to powinnam pisać chociaż część teoretyczną.
4. Na wakacje raczej nigdzie nie wyjadę za granicę, chyba że tak na last minute. Byłam już w Krynicy Górskiej. To prawie jak być na Słowacji. Może da się to jakoś podciągnąć.
5. Uuu, nadal nie wychodzi, ale staram się i w końcu się uda.
6. Zdecydowanie nie jest z tym najlepiej, szczególnie że jestem zaczytana w książkach o komizmie i innych powieściach, które kupiłam już w tym roku.
7. byłam na koncercie. I był zaj*bisty! 6 marca bawiłam się jak nigdy!
8. Gitara jest w moim pokoju. Pięknie wygląda. I to tyle na razie. A perkusja… Cały czas umawiam się z moim chłopakiem, żeby mnie poduczył.
9. Aishiteiru. Saranghae. :D
10. Chyba jakoś kocham mocniej. Ale moja wredna natura jest nad wyraz silna. To trudne.

Chyba tylko ja robię sobie rachunek sumienia. Chyba przez to, że niedawno miałam urodziny i najwyższa pora jeszcze przed ćwierćwieczem pomyśleć o samodoskonaleniu siebie. Muszę zrobić zdjęcia do dyplomu. I znów poćwiczyć z Chodakowską. A Boże Kłamstwa… Gdy teraz w szczególności powinnam pisać pracę dyplomową, dobrze pisze mi się książkę.

Obrazek 1

Ach ten Word. Naprawdę nie masz w słowniku tych imion/nazwisk?

 

 

Czas robi swoje

Nowy Rok nastał. Każdemu zostało kilka dni, kilka tygodni czy kilka miesięcy, aby stać się znowu o rok starszym. Czas mija coraz szybciej i trochę zaczynam się tego obawiać. Jednak z drugiej strony cieszę się, bo mam coraz więcej doświadczenia w życiu.

Czas robi swoje. A ty człowieku?
Stanisław Jerzy Lec

 Skoro Nowy Rok się zaczął, trzeba ustanowić kilka postanowień.  Jak co roku pewnie większość odejdzie w zapomnienie. Mam jednak nadzieję, że pewną część uda się zrealizować.

1. Wysłać moją książkę do wydawnictwa. (Chciałabym napisać „wydać książkę”, ale tego pewną być nie nie mogę.)
2. Schudnąć 10+ kg.
3. Obronić pracę magisterską.
4. Wyjechać na wakacje za granicę.
5. Nauczyć się rysować rozetę na latte.
6. Przeczytać wszystkie książki, które kupiłam w zeszłym roku i nadal nie przeczytałam.
7.  Pójść na zaj*bisty koncert wybranego ulubionego zespołu.
8. Poduczyć się gry na gitarze i perkusji.
9. Poduczyć się japońskiego i koreańskiego.
10. Kochać mocniej.

Życzę wszystkim wytrwałości, spokoju ducha i szczęśliwości. Pogłębiania swoich pasji i miłości. 2015 rok RULEZ!

ROZDZIAŁ 4

Miałam zamiar napisać o czym innym. Recenzję pewnej książki, ale zajęłam się czym innym. Poprawianiem czwartego rozdziału. Postanowiłam pokazać Wam niewielką jego część. Tylko pierwszy fragment, który bardzo mi się podoba i trochę wywraca wszystko do góry nogami. Enjoy :)

———————-

Marel nie spodziewał się, że tak przyjaźnie przywitają go na komendzie. Usadzili go na wygodnym krzesełku, podali wody i przywalili w twarz tak, że zalał się krwią. A więc po to ta woda… Blondyn natychmiast przepłukał rozcięte usta, wypluwając czerwoną zawartość do kubełka obok krzesła.
– To co, będziesz gadał? – Baargh nie przebierał w środkach. Albo mówiłeś prawdę, którą on chciał usłyszeć, albo dostawałeś w mordę.
– Nie zabiłem… – Nawet nie dokończył; otrzymał kolejny cios w żuchwę. Tym razem Marelowi pociekła jedynie krew z nosa. – O co wam chodzi? – zaciskał zęby. – Mówię, że nie zabiłem, to znaczy, że nie zabiłem. To on chciał mnie zabić!
Ponownie poczuł pięść Baargh na twarzy. Był już tym zirytowany. Wiedział, że na świecie są różni gliniarze – układni i brutalni. Ten był jednym z brudnych Harrych, był wstanie sięgnąć po wszelkie środki, aby dopiąć swego. Blondyn miał go już serdecznie dość.
– Posłuchaj, – policjant nachylił się, patrząc Marelowi prosto w oczy; prawie dotykał swoim nosem jego nosa – my wiemy, co się wydarzyło, tylko grzecznie prosimy cię, abyś się przyznał, wtedy kara będzie łagodniejsza.
– Jaja sobie robisz? – parsknął blondyn, prawie opluwając funkcjonariusza. – Łagodniejsza kara? Po tym, co teraz mi fundujesz? Chyba nie. Od kiedy to przesłuchiwanego tak grzecznie się prosi? To raczej znęcanie się i tortury.
– Do tortur jeszcze nie doszliśmy – zagrzmiał basem. – Zresztą chcemy tylko, żebyś wyjawił prawdę. Poważnie zależy nam na niskim wymiarze kary.
Marel miał dość tego gadania. Wiedział, że ktoś się z nim i nim bawi. Ponownie splunął krwią, tym razem trafiając tuż obok stóp funkcjonariusza.
Baargh spojrzał na Marela spode łba.
– Nie rusza mnie to. Możesz pluć na moje buty, ile chcesz. Potem je wyczyszczę. Ty jednak możesz mieć problem z wytarciem swojej buźki, więc uważaj. Jak mówiłem, do tortur jeszcze nie doszliśmy, a to moja ulubiona forma rozrywki.
– Jesteś chory – wysyczał Marel przez zęby.
– Być może. Ale raczej nikt mi nie pomoże. Tobie też nie, jeśli nie zaczniesz gadać.
– Dobrze wiesz, że nic więcej nie powiem. Nie zabiłem go i już. Po co tyle zachodu? Znęcanie się nade mną, tylko po to, by usłyszeć, że go zabiłem. Kim on był? Prezydentem w tanim przebraniu jakiegoś drecha? Nawet nie widziałem jego twarzy.
Baargh przyglądał się uważnie mówiącemu, jakby oglądał znakomitą sztukę teatralną. Zajął nawet miejsce na krześle na przeciwko niego, założył nogę na nogę i skrzyżował umięśnione łapy na piersi.
– Fascynujące – parsknął nagle. – Faktycznie, nie będę się już tobą przejmował. Co za różnica, czy się przyznasz czy nie. To twoje życie. To nie ja będę siedział dożywocie w ciupie.
Wstał i poklepał Marela po ramieniu, dopowiadając sarkastycznie:
– Miło było cię poznać.
Odwrócił się do więźnia i ruszył w stronę drzwi. Gdy chwytał za klamkę do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany w szary, prążkowany garnitur. Włosy miał krótko ścięte, przyprószone siwizną.
– Robercie, – zwrócił się do muskularnego policjanta niskim, szorstkim głosem – powinieneś się trochę przewietrzyć.
Baargh patrzył przenikliwie na przybyłego mężczyznę. W jego oczach widać było szacunek i przywiązanie. Skłonił się nisko, kiwnął głową i wyszedł lekko zgarbiony.
– Witam, jestem inspektorem generalnym, Almour Bridge – przywitał Marela miękkim głosem. – Przepraszam za mojego podwładnego. To debil i neandertalczyk. Ale cóż, czasem nam takich potrzeba. – Mówił dziwnie troskliwym tonem, zdecydowanie niewspółgrającym z jego wzrokiem. Jego oczy nic nie wyrażały. Patrzyły na Marela, jakby oglądały próżnię. Ale słowa były pełne opiekuńczości. Pewnie pozornej opiekuńczości.
Marel zaczął mu się badawczo przyglądać. Gdzieś widział tę twarz. Lekkie zmarszczki wokół oczu i ust. Bruzdy na czole. Mężczyzna mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Wiedział, że blondyn przygląda mu się uważnie, analizując, kim jest. Jakoś to wiedział. Uśmiechnął się lekko. Marel, zmieszany, odwrócił wzrok. Gdzie, do cholery, już go widział? Skąd, do diaska, go zna? Kim on jest? Myślał intensywnie, nie patrząc już ani razu na starszego pana.
Mężczyzna usiadł na krześle tak jak wcześniej Baargh. Marel wciąż na niego nie patrzył, widział go jedynie kątem oka.
– Czy coś nie tak? Ja ci nic nie zrobię. W przeciwieństwie do Baargha potrafię się hamować.
Blondyn nie był pewien, czy może mu wierzyć. Coraz bardziej w miłym głosie słyszał szyderstwo. Coraz intensywniej też myślał o tym, kim był ów człowiek. Znał go, jak nic go znał.
– Marelu, powiesz mi, jak to było dziś w nocy? Zamordowałeś tamtego mężczyznę? – zapytał spokojnie, nie unosząc głosu.
Więzień milczał. Nie skupił się na pytaniach. Nie wiedział, o czym ma mówić. Kim jesteś? Kim…?
– Marelu, – powtórzył – zamordowałeś tamtego mężczyznę?
Blondyn patrzył przed siebie. Nie słuchał inspektora. Cały czas analizował, skąd go znał.
Bridge, usłyszał gdzieś z tyłu głowy. Tak się przedstawił. Pieprzony Bridge… Przecież znał to nazwisko. Ale mogło być jak każde inne. Jednak Almour… Chwila… Chwila! Natłok myśli rozsadzał mu mózg. Przecież Almour Brigde… nie żyje… Spojrzał na posiwiałego mężczyznę. Zmarszczki i siwizna… Teraz tak wygląda. Kiedyś miał kruczoczarne włosy i gładką skórę. Ale to Bridge. Na pewno ten Almour Bridge… który nie żył…
Patrzył jeszcze przez chwilę na policjanta przed sobą. Do jego uszu dotarło w końcu pytanie o morderstwo.
– Nie! – wykrzyczał nagle, wyrywając się jakby z sennego koszmaru. – Nie zabiłem go! Ale… Ale widziałem, jak ty giniesz…

PROLOGUE

Postanowiłam podzielić się z szeroką publicznością prologiem do książki. Czy to dobry wybór? Mam nadzieję. Przede wszystkim zależy mi na informacjach zwrotnych, konstruktywnych, a tym samym nieocenionych, bo każdy potrafi napisać: „Ale głupota! Cały ten prolog jest do d***” lub „O, jej, jakie to cute, miód i orzeszki.”

————————————

– Prawo powiada, że za zamordowanie człowieka grozi kara pozbawienia wolności – powiedział Harry, wychodząc z kamienicy, w której prowadził biuro rachunkowe.
– Dekalog powiada: „Nie zabijaj” – odrzekł mu wysoki blondyn.
– Ale masz dowcip, Marel! – Harry poprawił chabrowy krawat. – Wiem, że prawo ludzkie opiera się na prawie bożym, ale też bez przesady. Gdyby jego słowo było najważniejsze, każdy kryminalista, morderca, złodziej czy cudzołożnik zostałby ukarany.
– Jest po śmierci.
– Wierzysz w Sąd Boży? W Niebo i Piekło? W anioły i demony?
– Nie, to brednie! Nie ma Sądu. Nie ma Nieba. Nie ma Piekła. Ani aniołów, ani demonów.
– Acha… To co jest, znawco?
– Śmierć i reinkarnacja.

* * *

Mężczyźni rozeszli się po przejściu dwustu metrów. Harry skręcił w prawo w wąską uliczkę, prowadzącą do głównej ulicy w stronę Wschodniej Dzielnicy. Marel natomiast poszedł prosto w stronę Zachodniej. Przechodząc przez Północną część, w której pracował od czterech lat, zawsze zastanawiał się, skąd przybywają mijający go ludzie. Wnioskował, że z prac, ale jakich? Z jakich Dzielnic? Z jakich miast? Wszystko stanowiło pytajniki. Jak Sąd Boży dla Harry’ego.
Dzielnica Północna nie była zbyt wygodna. Ale była tania. Stąd utrzymanie biura kosztowało Harry’ego dwa razy mniej niż utrzymanie go w pozostałych Dzielnicach. Większość mieszkających tu ludzi piło, ćpało, uprawiało hazard i prostytucję, standardy więc również nie były wysokie. Biuro Harry’ego jednak było zadbane. I ze względu na swoją cenę rozchwytywane. Klienci zdawali sobie sprawę z tego, że to nie niski standard usług, a koszty utrzymania biura, wpływały na cennik firmy. Zarówno Harry, jak i Marel znakomicie znali się na swojej robocie. Obaj skończyli studia ekonomii i rachunkowości. Marel również studiował prawo, jednak zrezygnował po trzech latach. Nie wspominał o tym za często. Zwykle po prostu nikogo nie obchodził jego życiorys. Zarabiał odpowiednio, aby bez problemu spłacać kredyt na mieszkanie, mieć na czynsz oraz własne, dziecinne wydatki.
Harry złapał taksówkę, kiedy Marel powoli zbliżał się do przekroczenia granic Północnej i Zachodniej dzielnicy. Mieszkał tam od roku ze swoją narzeczoną, Maxime. Dobrze się dogadywali. Ona czasem była apodyktyczna, a on wcale nie uległy, jednak kochali się i naprawdę chcieli  niedługo wziąć ze sobą ślub.
Maxime często denerwowała się na Marela, a dokładniej na jego lekkomyślność. Nie rozumiała, dlaczego mężczyzna przemierza Północną Dzielnicę na piechotę, zamiast wezwać taksówkę lub wreszcie kupić samochód. Gdyby Marel odkładał część swojej pensji, zamiast wydawać ją na mało istotne rzeczy, już dawno miałby spłaconego mercedesa lub BMW.
Marel jednak wzruszał ramionami. Jak twierdził, był dziwny. Wolał spacerować, nawet jeżeli jego osoba mogła być zagrożona stłuczeniem lub wyginięciem. Jak na razie nic mu się nie stało. Szedł do domu z podniesioną głową i w markowych ciuchach.
– Za ile będziesz? – zadzwoniła do niego Maxime, gdy był dokładnie pół kilometra od granicy.
– Za jakieś 15 minut.
Maxime od razu wiedziała, gdzie jest. Za każdym razem blondyn wracał tą samą trasą, oprócz męskich wieczorów, kiedy to szedł z Harrym na piwo lub coś mocniejszego.
– Nie musisz się martwić.
– Wiem i nie martwię się. Po prostu jest już po jedenastej, a ja muszę wstać przed szóstą. Po prostu idę spać, więc jak będziesz wchodził do domu, to bądź cicho. Tyle – powiedziała i rozłączyła się, żeby tylko Marel nie wszedł z nią w dyskusję.
Pokręcił głową z uśmiechem. Znał to zachowanie Maxime jak każde inne. Czytał z niej jak z otwartej księgi. I nigdy się nie mylił.
Schował telefon do kieszeni wewnątrz kurtki, gdzie wcześniej spoczywał. Ziewnął przeciągle. Noc jest spokojna i nic się nie dzieje, pomyślał. Przeszedł jeszcze parę metrów, kiedy zza rogu jednego z budynków wyszedł zakapturzony mężczyzna.
Był wysoki i barczysty. Miał podobną posturę do Marela. Wyglądał jednak groźniej. Spod kaptura wyglądała broda typowa dla motocyklisty, gęsta i kłębiasta. Nic poza tym.
Mężczyzna stanął. Był lekko zgarbiony. Pięści miał zaciśnięte, jakby gotowe do uderzenia. Marel miał wrażenie, że uśmiechał się szyderczo i był naprawdę brzydki.
Blondyn nic sobie z tego nie robiąc, szedł dalej. Minął dziwnego człowieka, nie patrząc już na niego ani razu.
– Hej – zawołał tamten. – Nawet się nie przywitałeś.
Marel zatrzymał się.
– Nie znam cię.
– No tak… Nie musisz. Ale przywitać się… od tego nie ma odwołania.
Blondyn prychnął bezwarunkowo. Zawsze tak robił, gdy ktoś jego zdaniem mocno bredził.
– Słuchaj, nie znam cię, a jak cię nie znam, to się nie witam. Nie jesteś królową Elżbietą, bym mówił ci „dobry wieczór”, kłaniając się w pas. – Miał dziwne wrażenie, że może pożałować swoich słów, ale na razie pozwalał rozwijać się swojemu ciętemu językowi.
Zakapturzony zaśmiał się donośnie.
– Królowa Elżbieta… nie wiem, co to za jedna. Podoba mi się jednak twój dowcip. Zabawny jesteś, człowieku.
Ponownie zagrzmiał, śmiejąc się wniebogłosy.
Marel patrzył na niego tępo, starając się znaleźć w tej sytuacji trochę logiki i poziomu, ale niestety mu się to nie udało. Pokręcił głową oniemiały. Czy królowa Elżbieta była tak zabawna?
– Wybacz, ale nie mam czasu. Muszę wrócić do domu. Dziewczyna na mnie czeka, więc na razie, – odwrócił się, dodając pod nosem: – orangutanie.
Na jego nieszczęście zakapturzony mężczyzna usłyszał te słowa.
– Orangutanie? Zaraz ci pokażę, co potrafi ten orangutan.
W jednej chwili zbliżył się do Marela na odległość ręki. Blondyn cofnął się o krok, tak by jednak nie zostać dosięgniętym i ruszył biegiem, oddalając się od dziwaka. Zakręcił przy pierwszej okazji. Wbiegł w Zachodnią Dzielnicę. Tę znał jak własną kieszeń. Zakapturzony mężczyzna nie dawał za wygraną. Pędził za Marelem równie szybko, jak Usain Bolt w Mistrzostwach Świata w 2009 roku. Nic go nie powstrzymywało. Pomimo barczystej postawy obaj mężczyźni przełamali barierę racjonalnego przyspieszenia wbrew teoriom dynamik Newtona. W końcu Marela zatrzymała ślepa uliczka. Stwierdził, że jednak wyleciało mu z głowy kilka drobnych, zamkniętych uliczek. Westchnął przeciągle. Jak mogłem się tak zrobić? Nie było odpowiedzi. Brodaty wpadł w zaułek niczym bombowiec. Ledwo się zatrzymał, nie wywracając się.
Marel zgiął się wpół. Oparł dłonie na kolanach i złapał łapczywie oddech. Po tym wyprostował się i uśmiechnął, pokazując zmieszanie.
– Cholera, nie tu chciałem trafić – powiedział, ocierając pot z czoła.
– Na pewno, ale to ja dziś mam urodziny i to moje marzenia się dzisiaj spełniają.
– Jasne. Mam dla ciebie nawet prezent.
– Wiem. I właśnie zamierzam go odebrać.
Bandzior chwycił prawą ręką do tyłu. Zza paska wyciągnął niewielki nóż, przypominający jeden z myśliwskich. Błyszczał stalą. Rękojeść owinięta była w brązową skórę ze złotymi zdobieniami. W oczach Marela była naprawdę piękna. Mężczyzna również zdawał się przykładać do niego wielką wagę i uczucie. Chwycił go w taki sposób, jakby był najdroższą rzeczą, jaką posiadał. Właściwie było prawdopodobne, że rzeczywiście ten nóż był bardzo kosztowny. Marel nie wyobrażał sobie, aby ten mężczyzna mógł go sobie legalnie zafundować.
Wyjąwszy nóż, napastnik zamachnął się nim dwa razy, jakby chciał pokazać, jak świetnie potrafi nim władać. Marel znów prychnął, lecz tym razem w myślach. Tym razem nie posunął się do okazania jeszcze większej ignorancji. Stał przed nim uzbrojony facet. To już nie było zabawne.
– Posłuchaj, – zaczął – myślę, że da się tę sprawę rozwiązać bez użycia broni.
– Tak mówisz?
Blondyn kiwnął głową.
– Szkoda, że nie myślimy podobnie.
Zakapturzony zrobił krok w przód. Cały czas miał przed sobą wyciągniętą rękę, której przedłużeniem był myśliwski nóż. Marel z kolei zaczął się cofać. Minął całą długość kontenera na śmieci, którego wcześniej nie dostrzegł w ciemności, a który świetnie nadawał się na jego broń.
Natychmiast zaczął główkować. Miał nadzieję, że zakapturzony mężczyzna, wcale nie potrafił tak dobrze walczyć, jak się przedstawiał.
Zatrzymał się w jednej chwili i ugiął nogi w kolanach. Mocno oparł się na stopach, ale też uczulił swoje mięśnie na nagły zwrot akcji i unik.
Napastnik rzucił się na niego, bez słowa machnąwszy nożem. Marel zamierzał złapać go za uzbrojoną rękę i pozbawić go broni, jednak ten był szybszy. Zadał Marelowi cios drugą ręką w bok, godząc go prosto w wątrobę. Marel syknął, nieznacznie zginając się wpół. Cofnął się jednak automatycznie, unikając kolejnego ciosu.
Postanowił nie być dłużnym. Kopnął zbira w piszczel, po czym zamachnął się i uderzył prawym sierpowym w szczękę mężczyzny. Brodaty zrobił krok w tył, prawie się przewracając, jednak całą siłą mięśni nóg zachował pion i bez zastanowienia ugodził blondyna nożem w ramię, rozcinając jego kurtkę oraz skórę. Zirytowany Marel krzyknął, niemalże dławiąc się śliną. Złapał ręką ramię, odrywając wzrok od napastnika. Krew buchnęła z jego bicepsu, przesiąkając koszulę, kurtkę i przelewając się przez palce poszkodowanego.
– Niech cię cholera! – wrzasnął, nabierając do płuc wielki haust powietrza.
Niewiele myśląc, rzucił się na oprawcę. Nie obchodził już go nóż. Wręcz pozwolił mu wbić się w jego brzuch. W tym samym momencie uderzył pięścią w rękę oprawcy, każąc mu tym samym puścić rękojeść z ostrzem.
– SZALENIEC! – wrzasnął mężczyzna.
Marel nadal nie zobaczył jego twarzy, ale nie przejmował się tym. Miał to po prostu głęboko… Na razie przejął nóż – w dość niekonwencjonalny sposób – z czego się cieszył. Brzuch bolał go niemiłosiernie, ale wolał to, niż niezrównoważonego, uzbrojonego faceta.
– Ja jestem szaleńcem, a ty jesteś bez broni.
Blondyn wyrwał nóż z ciała i rzucił go do tyłu w ciemność. Wtem z rany falowo zaczęła wypływać krew. Była gęsta i brunatna. W tym momencie Marel nie mógł zrobić nic innego, niż przyłożyć rękę w rękawie do rany, próbując zatamować krew. Chciał zobaczyć, jak wygląda rozcięcie, jednak i tak było zbyt ciemno, żeby mógł cokolwiek dostrzec.
– Bez broni też dam sobie radę – odparł zbir. – Ty z kolei zaraz się wykrwawisz.
Basowy śmiech rozniósł się po zaułku, odbijając się rykoszetami od ścian. Marel miał wrażenie, że zaraz wywoła trzęsienie ziemi. Zrobiło mu się od tego niedobrze, po czym nagle zaczął opadać z sił. Zakapturzony wykorzystał sytuację i po raz kolejny zaatakował. Złapał swoją ofiarę za włosy i kilka razy przyłożył mu w brzuch, w miejsce, które obficie krwawiło. Marel krzyknął kilka razy. Łzy mimowolnie spłynęły po jego policzkach. Nie był to akt bezsilności czy mazgajstwa, tylko uderzenie silnego bólu do mózgu, który naparł również na jego gałki oczne.
– I co? Mówiłem – powiedział, rzucając Marela na ziemię.
Marel skulił się do pozycji embrionalnej. Dyszał, próbując nie myśleć o bólu. Czuł, że jego oprawca cały czas mu się przygląda, szydząc z niego w duchu. Nie zdziwiłby się, gdyby ten gość zaraz wyjął telefon, zrobił zdjęcie i wrzucił na Instagram z podpisem Patrzcie, jaki #kretyn! #siusiumajtek #maminsynek. Gdyby Marel nie był w takiej sytuacji, w jakiej był, pewnie by się z tego śmiał. Teraz jednak nie bawiło go to ani trochę.
– Pewnie w końcu się wykrwawisz. Jeśli chcesz, mogę dotrzymać ci towarzystwa. Ale w sumie mam ciekawsze rzeczy do roboty. Wiec ty sobie tutaj krwaw, a ja pójdę do domu obejrzeć mecz. Mam nagrane NBA. Uwielbiam koszykówkę, a ty? Nic nie mówisz, chyba jednak nie lubisz. No trudno. A chciałem cię zaprosić na piwko. No dobra, trzymaj się, stary. Miło było poznać. Może trafisz do Nieba za swój heroizm – powiedziawszy to, minął Marela, obchodząc go.
Wszedł w głąb zaułka, chcąc odzyskać swój nóż. Nie widział w tej ciemności nawet czubka swojego nosa. Nie ryzykował skaleczenia się, więc nawet nie próbował po omacku. Powoli przesuwał się z boku na bok, mając nadzieję, że któraś stopa trąci ostrze.
Przeszedł już spory kawałek, nadal nie natrafiwszy na broń. Westchnął przeciągle.
– Chyba jednak go nie znajdę. Ale głupio byłoby wpaść za zabicie.
Odwrócił się z nadzieją, że uda mu się dostrzec, jak długi odcinek przebył. W tej samej chwili jego twarz, jak i całe ciało spotkało się z zimną ścianą.
– Nigdy nie należy zostawiać żywych ofiar. Takie mszczą się najbardziej. Filmów nie oglądasz? Bo o czytanie cię nie podejrzewam.
Zakapturzony wydał z siebie dźwięk jakby zaskomlenia.
– To twoja odpowiedź? – zadrwił Marel. – Coś kiepsko z tobą. Ja czuję się jak nowo narodzony. – Uśmiechnął się, czego nie można było dostrzec. Jednak rozpierała go radość.
Szkarłatne plamy na brzuchu i ramieniu wciąż widniały na jego odzieży, rozcięcia również, ale rany zniknęły, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
– Wiesz, jaka jest różnica między nami? – Patrzył przenikliwym wzrokiem na mężczyznę, który jeszcze chwilę wcześniej nad nim triumfował, a który teraz spoczywał przy ścianie jakby nieprzytomny. – Cokolwiek bym nie robił, robię to celowo. Wiem, co robię, nie tak jak ty. Albo raczej ty pozornie wiesz, co robisz. Taka jest różnica.
Marel wyjął telefon komórkowy z kieszeni kurtki. Okazało się, że wyświetlacz został uszkodzony podczas bijatyki. Miał kilka śladów od pęknięcia, ale na szczęście dotyk działał prawidłowo. Włączył więc latarkę, oświetlając ślepą uliczkę. Nóż leżał całkiem niedaleko od nich. Jeszcze ze dwie szerokości i bandzior miałby z powrotem swoją zabawkę. Blondyn odetchnął z ulgą. Byłoby gorzej, gdyby ten typ odzyskał broń.
– Widzisz, jakie to proste? – Podniósł nóż. – Trzeba było włączyć latarkę.
– Trzeba ją mieć – prychnął mężczyzna.
– Jednak jesteś przytomny – powiedział beznamiętnie. – Myślałem, że wszystko, co mówię, leci w eter. A tu jednak niespodzianka.
Brodaty próbował wstać. Powoli, opierając dłonie na ścianie, podnosił się. Gdy już prawie stanął, ręka mu się obsunęła i runął ponownie na ziemię. Zaklął pod nosem, uderzając pięścią w grunt. Marel przyglądał się temu bez emocji. Gdy mężczyzna skończył szarpaninę z samym sobą i widocznie dał za wygraną, blondyn podszedł do kontenera, który minął na samym początku i wrzucił do jego środka nóż, po czym zamknął klapę z głośnym trzaśnięciem.
– Ja nie mam powodu, by cię zabić. Najwyżej spotkamy się jeszcze raz. Leję na to. – Wzruszył ramionami. – Ja w każdym razie wracam do domu. Gorąca dziewczyna na mnie czeka, nie chcę, aby wystygła. To na pewno lepsze niż mecz.
Pomachał byłemu oprawcy i wyszedł z zaułka, kierując się w stronę swojego mieszkania.

Dynamika życia i śmierci

Życie i śmierć. Tak łatwo nimi manipulować, gdy jest się pisarzem i gdy samemu stworzyło się postacie. Ale to tylko złudzenie. Wspominałam o tym, oczywiście, że stworzyłam postacie, które na pewno zginą lub przeżyją, ale są też takie, o których losie jeszcze nie zdecydowałam. Jednak właśnie czytam Próby ognia, czyli drugi tom trylogii Więźnia labiryntu i dostaję świra jak ci Poparzeńcy. Na własne życzenie dowiedziałam się, że zginie ktoś, kto chciałabym, aby przeżył. I czuję naprawdę ogromną pustkę.

IMG_2324.JPG

Dotychczas czułam coś takiego w przypadku może trzech lub czterech bohaterów, teraz czuję to w stosunku do kolejnego. I myślę sobie, że rozwiązałam swój

d y l e m a t

Nie ma wręcz możliwości, abym pozbyła się pewnych postaci, które uwielbiam i dzięki, którym ta książka żyje. Czy to profesjonalne? Pewnie nie. Ale czy pisanie ma być aż tak profesjonalne, żebym miała zatracać emocje i całkowicie dystansować się do tego, co i o czym piszę?

Bullshit!

Staram się pisać poprawnie, tworzyć rzeczywistość, aby była prawdopodobna lub rzeczywista. O tym też już kiedyś wspominałam. Pisarz musi być krawcową, rzeźnikiem, prawnikiem, lekarzem, psychologiem i socjologiem oraz innymi osobami. Pisarz musi mieć niemalże mnogą osobowość jak William Miligan, który wraz ze swoją osobowością miał ich dwadzieścia cztery. Kiedy rzeczywiście był SOBĄ? Chyba nawet on sam nie wiedział. To czy pisarz potrafi odnaleźć siebie w tym zamieszaniu? Musi. Przez to, że pisarz wie, przez to, że wykonuje tyle zawodów, może tworzyć realną rzeczywistość. A jeśli czego nie wie, to się dowie lub zmieni konwencję.

Mając tyle osobowości, jakże mogłabym nie współodczuwać, nie rozumieć postaci, o których piszę i nie chcieć ich dobra, jeśli na to zasługują? Czasem bywam okrutna, ale prawdą jest, że wszystkie stworzone przeze mnie postaci są po części odbiciem mnie samej, moich trosk, nadziei i chęci. Są jakby moimi dziećmi. James Dashner albo nie czuł więzi, albo obrał inną drogę. Każdy spogląda na to inaczej. W każdym razie moje serce krwawi. Także zostawcie mnie w spokoju, abym mogła się wypłakać po śmierci ukochanego bohatera.

Więzień Labiryntu

Nic już nie bedzie takie jak kiedyś.

Pod koniec września obejrzałam film. Dzieciaki biegały po labiryncie i uciekały przed wielkimi, obleśnymi potworami z japami jak u glonojadów i ogonami jak u skorpionów. Jego tytuł? – Więzień Labiryntu. Naprawdę dobry!

Poważnie! Podobał mi się ten film i nie dlatego, że bohaterami było kilkunastu całkiem dobrze wyglądających kolesi. Nie. Po prostu akcja była wartka i dobrze zmontowana. Trochę spokoju i wytchnienia, a zaraz jazda bez kółek. Właśnie takie kino lubię, jeżeli zapomnę o psychologicznych i melodramatycznych filmach. Ale tutaj też było trochę psychologii i dramatu, więc nie mam się czego czepiać, oprócz tego, że oczywiste było, że wszystko zacznie się gmatwać wraz z przybyciem głównego bohatera do Strefy, która była jak District 9 odcięta od świata z labiryntem jak z Czary Ognia. Wszystko w normie.

Działo się to i owo, a na sam koniec chyba każdy, kto nie czytał książki, dostał obuchem w głowę. Bo film jest adaptacją książki o tym samym tytule. I to do tego książki, która jest pierwszą z trzech. Więc możecie sobie dopowiedzieć zakończenie. Ja właśnie nie przeczytałam jej wcześniej i powiem szczerze, trochę mnie zatkało, gdy się okazało, że koniec jest bardziej początkiem niż końcem. Z jednej strony się ucieszyłam, bo prawdopodobnie będę mogła zobaczyć jeszcze więcej, ale z drugiej strony – o, tak mi szkoda tych młodych ludzi.

Film sprawił, że zapragnęłam przeczytać książkę. W zasadzie zadaję sobie pytanie: „Dlaczego wcześniej nie przeczytałam tej trylogii?” Nieistotne. Zakupiłam pierwszy tom wraz z drugim (trzeciego poszukam trochę później) i zaraz po tym, jak otrzymałam paczkę, zaczęłam czytać. Nie powiem, jest duuuuuuuuużo różnic względem filmu. Albo to raczej film bardzo różni się od książki, ale przecież jest to film na podstawie bestsellera, fabuła jest taka sama, różnią się jedynie szczegółami. Jednak im dalej w las, tym te szczegóły okazują się być bardziej znaczące. Jednak ogół i tak stanowi logiczną całość zarówno w filmie, jak i w książce (to oczywiste). Także czuję pełną satysfakcję.

Co prawda, autor nie wykazał się wybitną umiejętnością pisarstwa, według mojego uznania. Pisze raczej przeciętnie, mimo to ciekawie. Wie po prostu, w którym momencie zmienić akcję. Używa prostego słownictwa. Ponieważ bohaterowie są młodzi, ich język nacechowany jest swobodą i jest pełen ichniejszego slangu. Klump, sztamak, purwa – te słowa stają się jakby cechą charakterystyczną tej grupy, Stereferów, i nie tylko główny bohater automatycznie je sobie przyswaja, ja także miałam ochotę mówić: Ty klumpie. Brzmi zabawnie i po prostu mnie rozwala. W filmie tego nie ma. A przynajmniej nie wpadło mi to ani w uszy, ani w oczy. Świeżuch nie jest niczym nadzwyczajnym, dlatego po prostu gdzieś zanika pośród innych słów.

Zastanawiałam się nad tym, czy wolałabym najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć film czy lepiej, że stało się tak, jak się stało. Mam wrażenie, że to drugie. Mam dziwne wrażenie, że miałabym do tego podobny stosunek jak do Miasta kości. Film mi się podobał, ale było sporo zmian i nie za bardzo mi to pasowało. Sądzę, że z Więźniem Labiryntu byłoby podobnie. Film ogólnie spoko, ale te zmiany… a było ich naprawdę mnóstwo. A tak to obejrzałam film bez większej wiedzy i naprawdę jestem zadowolona. Tak samo do książki mam inny stosunek. Oczywiście cały czas pamiętam te różnice, ale jakoś trzeźwiej na nie patrzę. Łatwiej się dystansuję i nawet nie wiem, czy filmowe rozwiązanie nie podoba mi się bardziej.

IMG_2322.JPG

Zwykle właśnie jestem „za” miną bohaterki komiksu, a tym razem naprawdę myślę, że warto było poczekać na film i nie koniecznie gorliwie czytać książkę jeszcze przed pójściem do kina. Chyba pierwszy raz coś takiego odczuwam. Na przykład cieszę się, że najpierw przeczytałam każdą część Harry’ego Pottera, po czym obejrzałam filmy. Tak samo żałuję, że najpierw nie przeczytałam Igrzysk Śmierci. Szkoda, że Trylogia Czarnego Maga nie ma jeszcze swojej ekranizacji. I ponadto cieszę się, że najpierw obejrzałam Więźnia Labiryntu.