Modyfikacje

Znowu miałam zastój. Dobry miesiąc w ogóle nie zaglądałam do Bożych Kłamstw Ale w końcu znalazłam troche czasu, żeby wziąć się za jeden fragment, nad którym myślałam długo i często. Nie jest on bardzo istotny, choć jest zapowiedzią pewnych, przez niektórych niepożądanych zdarzeń. Wprowadza zresztą nowych bohaterów, nieznacznie przedstawia ich podejście do życia i do świata. Jak myślę o tym, widzę, jak niedługi fragment, nieco dłuższy niż strona, może być nasycony niuansami dotyczącymi charakterów i osobowości postaci.

Idac za ciosem, udało mi się nawet dokończyć dwa rozdziały. Nie wymagały one wielkiego nakładu pracy, jednak musiały sobie trochę odczekać, by nabrać ostatecznej formy.

  

Tak bardzo bym chciała, żeby cała książka miała ostateczny wygląd. Uwielbiam tworzyć i udoskonalać, ale nawet jak się to uwielbia, to trzy lata wydają się kupą czasu. Im bardziej wydłużam ten czas, tym bardziej męczące się to staje. Mam nadzieję, że naprawdę wszystko zmierza ku końcowi.

 

ROZDZIAŁ 4

Miałam zamiar napisać o czym innym. Recenzję pewnej książki, ale zajęłam się czym innym. Poprawianiem czwartego rozdziału. Postanowiłam pokazać Wam niewielką jego część. Tylko pierwszy fragment, który bardzo mi się podoba i trochę wywraca wszystko do góry nogami. Enjoy :)

———————-

Marel nie spodziewał się, że tak przyjaźnie przywitają go na komendzie. Usadzili go na wygodnym krzesełku, podali wody i przywalili w twarz tak, że zalał się krwią. A więc po to ta woda… Blondyn natychmiast przepłukał rozcięte usta, wypluwając czerwoną zawartość do kubełka obok krzesła.
– To co, będziesz gadał? – Baargh nie przebierał w środkach. Albo mówiłeś prawdę, którą on chciał usłyszeć, albo dostawałeś w mordę.
– Nie zabiłem… – Nawet nie dokończył; otrzymał kolejny cios w żuchwę. Tym razem Marelowi pociekła jedynie krew z nosa. – O co wam chodzi? – zaciskał zęby. – Mówię, że nie zabiłem, to znaczy, że nie zabiłem. To on chciał mnie zabić!
Ponownie poczuł pięść Baargh na twarzy. Był już tym zirytowany. Wiedział, że na świecie są różni gliniarze – układni i brutalni. Ten był jednym z brudnych Harrych, był wstanie sięgnąć po wszelkie środki, aby dopiąć swego. Blondyn miał go już serdecznie dość.
– Posłuchaj, – policjant nachylił się, patrząc Marelowi prosto w oczy; prawie dotykał swoim nosem jego nosa – my wiemy, co się wydarzyło, tylko grzecznie prosimy cię, abyś się przyznał, wtedy kara będzie łagodniejsza.
– Jaja sobie robisz? – parsknął blondyn, prawie opluwając funkcjonariusza. – Łagodniejsza kara? Po tym, co teraz mi fundujesz? Chyba nie. Od kiedy to przesłuchiwanego tak grzecznie się prosi? To raczej znęcanie się i tortury.
– Do tortur jeszcze nie doszliśmy – zagrzmiał basem. – Zresztą chcemy tylko, żebyś wyjawił prawdę. Poważnie zależy nam na niskim wymiarze kary.
Marel miał dość tego gadania. Wiedział, że ktoś się z nim i nim bawi. Ponownie splunął krwią, tym razem trafiając tuż obok stóp funkcjonariusza.
Baargh spojrzał na Marela spode łba.
– Nie rusza mnie to. Możesz pluć na moje buty, ile chcesz. Potem je wyczyszczę. Ty jednak możesz mieć problem z wytarciem swojej buźki, więc uważaj. Jak mówiłem, do tortur jeszcze nie doszliśmy, a to moja ulubiona forma rozrywki.
– Jesteś chory – wysyczał Marel przez zęby.
– Być może. Ale raczej nikt mi nie pomoże. Tobie też nie, jeśli nie zaczniesz gadać.
– Dobrze wiesz, że nic więcej nie powiem. Nie zabiłem go i już. Po co tyle zachodu? Znęcanie się nade mną, tylko po to, by usłyszeć, że go zabiłem. Kim on był? Prezydentem w tanim przebraniu jakiegoś drecha? Nawet nie widziałem jego twarzy.
Baargh przyglądał się uważnie mówiącemu, jakby oglądał znakomitą sztukę teatralną. Zajął nawet miejsce na krześle na przeciwko niego, założył nogę na nogę i skrzyżował umięśnione łapy na piersi.
– Fascynujące – parsknął nagle. – Faktycznie, nie będę się już tobą przejmował. Co za różnica, czy się przyznasz czy nie. To twoje życie. To nie ja będę siedział dożywocie w ciupie.
Wstał i poklepał Marela po ramieniu, dopowiadając sarkastycznie:
– Miło było cię poznać.
Odwrócił się do więźnia i ruszył w stronę drzwi. Gdy chwytał za klamkę do pomieszczenia wszedł mężczyzna ubrany w szary, prążkowany garnitur. Włosy miał krótko ścięte, przyprószone siwizną.
– Robercie, – zwrócił się do muskularnego policjanta niskim, szorstkim głosem – powinieneś się trochę przewietrzyć.
Baargh patrzył przenikliwie na przybyłego mężczyznę. W jego oczach widać było szacunek i przywiązanie. Skłonił się nisko, kiwnął głową i wyszedł lekko zgarbiony.
– Witam, jestem inspektorem generalnym, Almour Bridge – przywitał Marela miękkim głosem. – Przepraszam za mojego podwładnego. To debil i neandertalczyk. Ale cóż, czasem nam takich potrzeba. – Mówił dziwnie troskliwym tonem, zdecydowanie niewspółgrającym z jego wzrokiem. Jego oczy nic nie wyrażały. Patrzyły na Marela, jakby oglądały próżnię. Ale słowa były pełne opiekuńczości. Pewnie pozornej opiekuńczości.
Marel zaczął mu się badawczo przyglądać. Gdzieś widział tę twarz. Lekkie zmarszczki wokół oczu i ust. Bruzdy na czole. Mężczyzna mógł mieć około sześćdziesięciu lat. Wiedział, że blondyn przygląda mu się uważnie, analizując, kim jest. Jakoś to wiedział. Uśmiechnął się lekko. Marel, zmieszany, odwrócił wzrok. Gdzie, do cholery, już go widział? Skąd, do diaska, go zna? Kim on jest? Myślał intensywnie, nie patrząc już ani razu na starszego pana.
Mężczyzna usiadł na krześle tak jak wcześniej Baargh. Marel wciąż na niego nie patrzył, widział go jedynie kątem oka.
– Czy coś nie tak? Ja ci nic nie zrobię. W przeciwieństwie do Baargha potrafię się hamować.
Blondyn nie był pewien, czy może mu wierzyć. Coraz bardziej w miłym głosie słyszał szyderstwo. Coraz intensywniej też myślał o tym, kim był ów człowiek. Znał go, jak nic go znał.
– Marelu, powiesz mi, jak to było dziś w nocy? Zamordowałeś tamtego mężczyznę? – zapytał spokojnie, nie unosząc głosu.
Więzień milczał. Nie skupił się na pytaniach. Nie wiedział, o czym ma mówić. Kim jesteś? Kim…?
– Marelu, – powtórzył – zamordowałeś tamtego mężczyznę?
Blondyn patrzył przed siebie. Nie słuchał inspektora. Cały czas analizował, skąd go znał.
Bridge, usłyszał gdzieś z tyłu głowy. Tak się przedstawił. Pieprzony Bridge… Przecież znał to nazwisko. Ale mogło być jak każde inne. Jednak Almour… Chwila… Chwila! Natłok myśli rozsadzał mu mózg. Przecież Almour Brigde… nie żyje… Spojrzał na posiwiałego mężczyznę. Zmarszczki i siwizna… Teraz tak wygląda. Kiedyś miał kruczoczarne włosy i gładką skórę. Ale to Bridge. Na pewno ten Almour Bridge… który nie żył…
Patrzył jeszcze przez chwilę na policjanta przed sobą. Do jego uszu dotarło w końcu pytanie o morderstwo.
– Nie! – wykrzyczał nagle, wyrywając się jakby z sennego koszmaru. – Nie zabiłem go! Ale… Ale widziałem, jak ty giniesz…

Więzień Labiryntu

Nic już nie bedzie takie jak kiedyś.

Pod koniec września obejrzałam film. Dzieciaki biegały po labiryncie i uciekały przed wielkimi, obleśnymi potworami z japami jak u glonojadów i ogonami jak u skorpionów. Jego tytuł? – Więzień Labiryntu. Naprawdę dobry!

Poważnie! Podobał mi się ten film i nie dlatego, że bohaterami było kilkunastu całkiem dobrze wyglądających kolesi. Nie. Po prostu akcja była wartka i dobrze zmontowana. Trochę spokoju i wytchnienia, a zaraz jazda bez kółek. Właśnie takie kino lubię, jeżeli zapomnę o psychologicznych i melodramatycznych filmach. Ale tutaj też było trochę psychologii i dramatu, więc nie mam się czego czepiać, oprócz tego, że oczywiste było, że wszystko zacznie się gmatwać wraz z przybyciem głównego bohatera do Strefy, która była jak District 9 odcięta od świata z labiryntem jak z Czary Ognia. Wszystko w normie.

Działo się to i owo, a na sam koniec chyba każdy, kto nie czytał książki, dostał obuchem w głowę. Bo film jest adaptacją książki o tym samym tytule. I to do tego książki, która jest pierwszą z trzech. Więc możecie sobie dopowiedzieć zakończenie. Ja właśnie nie przeczytałam jej wcześniej i powiem szczerze, trochę mnie zatkało, gdy się okazało, że koniec jest bardziej początkiem niż końcem. Z jednej strony się ucieszyłam, bo prawdopodobnie będę mogła zobaczyć jeszcze więcej, ale z drugiej strony – o, tak mi szkoda tych młodych ludzi.

Film sprawił, że zapragnęłam przeczytać książkę. W zasadzie zadaję sobie pytanie: „Dlaczego wcześniej nie przeczytałam tej trylogii?” Nieistotne. Zakupiłam pierwszy tom wraz z drugim (trzeciego poszukam trochę później) i zaraz po tym, jak otrzymałam paczkę, zaczęłam czytać. Nie powiem, jest duuuuuuuuużo różnic względem filmu. Albo to raczej film bardzo różni się od książki, ale przecież jest to film na podstawie bestsellera, fabuła jest taka sama, różnią się jedynie szczegółami. Jednak im dalej w las, tym te szczegóły okazują się być bardziej znaczące. Jednak ogół i tak stanowi logiczną całość zarówno w filmie, jak i w książce (to oczywiste). Także czuję pełną satysfakcję.

Co prawda, autor nie wykazał się wybitną umiejętnością pisarstwa, według mojego uznania. Pisze raczej przeciętnie, mimo to ciekawie. Wie po prostu, w którym momencie zmienić akcję. Używa prostego słownictwa. Ponieważ bohaterowie są młodzi, ich język nacechowany jest swobodą i jest pełen ichniejszego slangu. Klump, sztamak, purwa – te słowa stają się jakby cechą charakterystyczną tej grupy, Stereferów, i nie tylko główny bohater automatycznie je sobie przyswaja, ja także miałam ochotę mówić: Ty klumpie. Brzmi zabawnie i po prostu mnie rozwala. W filmie tego nie ma. A przynajmniej nie wpadło mi to ani w uszy, ani w oczy. Świeżuch nie jest niczym nadzwyczajnym, dlatego po prostu gdzieś zanika pośród innych słów.

Zastanawiałam się nad tym, czy wolałabym najpierw przeczytać książkę, a potem obejrzeć film czy lepiej, że stało się tak, jak się stało. Mam wrażenie, że to drugie. Mam dziwne wrażenie, że miałabym do tego podobny stosunek jak do Miasta kości. Film mi się podobał, ale było sporo zmian i nie za bardzo mi to pasowało. Sądzę, że z Więźniem Labiryntu byłoby podobnie. Film ogólnie spoko, ale te zmiany… a było ich naprawdę mnóstwo. A tak to obejrzałam film bez większej wiedzy i naprawdę jestem zadowolona. Tak samo do książki mam inny stosunek. Oczywiście cały czas pamiętam te różnice, ale jakoś trzeźwiej na nie patrzę. Łatwiej się dystansuję i nawet nie wiem, czy filmowe rozwiązanie nie podoba mi się bardziej.

IMG_2322.JPG

Zwykle właśnie jestem „za” miną bohaterki komiksu, a tym razem naprawdę myślę, że warto było poczekać na film i nie koniecznie gorliwie czytać książkę jeszcze przed pójściem do kina. Chyba pierwszy raz coś takiego odczuwam. Na przykład cieszę się, że najpierw przeczytałam każdą część Harry’ego Pottera, po czym obejrzałam filmy. Tak samo żałuję, że najpierw nie przeczytałam Igrzysk Śmierci. Szkoda, że Trylogia Czarnego Maga nie ma jeszcze swojej ekranizacji. I ponadto cieszę się, że najpierw obejrzałam Więźnia Labiryntu.

Jak przetrwać z pisarzem

Parę dni temu mój narzeczony przesłał mi taką grafikę pt. „Jak przetrwać z pisarzem”. Uśmiałam się i trochę zaniepokoiłam, bo autor tej listy ma całkowitą rację. Na pewno nie wszystko w równym stopniu mnie dotyczy, ale nie da się ukryć, że wszystkie punkty dotyczą mojej osoby.Myślę, że wielu innych osób, które piszą, również dotyczy ta grafika, ale nie będę przecież pisała w ich imieniu, jedynie mogę to zrobić w stosunku do mnie samej.

1. Nie cierpię, kiedy ktoś mnie pyta, kiedy w końcu wydam książkę, bo skąd mam to wiedzieć? Wydam wtedy, gdy nadejdzie pora, gdy w całości ją skończę i wyślę do wydawnictwa, a ono ją przyjmie. Naprawdę to pytanie deprymuje równie mocno jak pytanie „Kiedy dojdziesz?”.

2. W zasadzie do tego pytania można się różnie ustosunkować, bo zależy, czy ja również uważam ten bestseller za bestseller, a dokładniej coś godnego przeczytania. A zresztą nawet jeśli, to nie będę się zajmowała takimi pierdołami. To pytanie jest nieco uwłaczające, jak pytanie „Czy chciałbyś być ojcem mojego syna (który i tak już żyje)?”.

3. To się nazywa nieznajomość prawdziwej twórczości. Na pewno malarze, muzycy i inni artyści mają podobny problem – NAWET JAK MAM CZAS, TO I TAK NIE MOGĘ NICZEGO STWORZYĆ! Więc uprzejmie nie mów mi, że nie masz czasu na napisanie książki. Bo gdyby problemem był tylko czas, to już dawno napisałabym dziesięć tomów.

4. Z tego można się tylko pośmiać. xD

5. I tu właśnie mamy nawiązanie do punktu nr 3. Czas, kiedy pisarz pisze jest ZŁOTEM! Nie odbieraj mu go! Nie odbieraj go mi! PROOOOOSZĘ!

6. Z tego też można się pośmiać, ale za drugiej strony radzę wziąć to sobie do serca, szczególnie jeżeli pisarz bywa wredny i mściwy – czyli ja ;) Pisarze w ogóle lubią opisywać to, co widzą i to, co się wokół nich dzieje, a kłótnie są szczególnie fascynujące.

7. Patrz punkt wyżej.

8. E tam, ja któregoś razu na imprezie u kolegi pisałam książkę. Akurat wzięłam wtedy ze sobą tablet i napisałam chyba ze trzy strony. TRZY STRONY TO NAPRAWDĘ BARDZO DUŻO!

9. TAK, TAK, TAK, ładnie proszę :D Kwiatkami książki przecież nie napiszę!

10. Nie uznaję odmowy! Ale gdyby takowa nadeszła, to herbata, ciastko i przytulenie zdecydowanie się przydadzą.

 

 

PS Szukam pracy, jeśli ktoś widział i coś wie, to proszę się odzywać. ;)

Top 5 dialogów

Nie jest jedynie tak, że lubię pewne postacie, a pewnych nie znoszę. Bo postacie są, ale jest też ich osobowość. Zresztą wspominałam o tym. Pewnie większość wie, ktoś tam sobie zaraz przypomni, a ktoś uświadomi sobie, że chyba przespał lekcje języka polskiego w szkole, bo nie ma pojęcia, o czym mówię. Otóż, chodzi mi o to, w jaki sposób czytelnicy poznają postacie, dowiadują się, jakie są, co potrafią i co mogą. Oczywiście są do tego trzy drogi:

♠ opisy postaci,
♠ wypowiedzi danych postaci,
♠ wypowiedzi innych postaci o postaciach, które nas interesują,

czyli o Zdziśku wiemy tyle, ile przeczytamy i zrozumiemy z opisu jego postaci, który stworzył autor tekstu, ile powie nam o sobie sam Zdzisiek oraz ile powiedzą nam o nim inni bohaterowie. W sumie całkiem proste i logiczne.

W tej notce interesują mnie przede wszystkim wypowiedzi postaci – dialogi. Postanowiłam stworzyć własne Top 5 (bo 10 to za dużo). Nie będę się przy tym zagłębiać w psychikę postaci, bo niektóre są chore na mózg, ale bardziej chciałabym podzielić się z Wami tym, co sprawia mi największą przyjemność.

 

 

 

Przeskakując na któryś z rzędu dach, usłyszał zniekształcony przez natarczywy wiatr głos George’a.
– Czuję się jak Spiderman!
– Spiderman? Nie widzę związku – odkrzyknął srebrnowłosy. – Czyżby gejowski uniform wpijał ci się w tyłek?

– Dobre, schlajmy się od razu i chodźmy zygzakiem na pogrzeb! Będzie ubaw! – odparł sarkastycznie Jackson.
Wszyscy popatrzyli na niego upiornie, sugerując, że zachowuje się nie na miejscu, jednak on miał to głęboko w poważaniu. Stracił rodziców i nic nie mógł z tym zrobić, był zagubiony jak jeszcze nigdy i miał ochotę odrąbać sobie głowę, by nie czuć tego wszystkiego, co czuł, a czego nawet nie potrafił ubrać w słowa.
– Rozumiem, Jackson, że czujesz się źle i jest ci ciężko… – zaczął Marel, ale Jax mu przewał:
– Czuję się źle? Naprawdę myślisz, że wiesz, co mam teraz w głowie? Czuję się jak gówno wysrane milion razy przez milion tłustych dup! O, tak się teraz czuję!

– Ładnie szukasz Radhginsa. – Nagle usłyszał kobiecy głos, dochodzący od wejścia do salonu.[…]
– Stoję tu już z dziesięć minut. W tym czasie mogłabym cię zabić na sto różnych sposobów.
– Aż na sto? – Zaśmiał się. – Trzeba było skorzystać.
– Nie chcę robić ci krzywdy.
– Jesteś tu. To wystarczy – prychnął.

[…] – Ach – puknęła się w głowę – już wiem, dlaczego tak dużo czasu spędzasz z Georgem.
– Co ty insynuujesz? Chyba sylikon zatruwa ci mózg.
– Są prawdziwe!
– Wmawiaj sobie. […]

– Jax, co się stało? Wybiegłaś z klasy jak oparzony. – Tom szturchał kolegę łokciem w bok.
– Sam w sumie nie wiem. Ojciec dzwonił, a nie robi tego, gdy jestem w szkole, więc myślałem, że coś się stało. Był dziwny w każdym razie.
– Dziwny?
– Najpierw milczał, a jak zapytałem, czy mam znowu być poza domem, powiedział, że tak i się rozłączył.
– Wow, chyba niezłą balangę urządza sobie z twoją mamą. Fajnie! Chciałbym, żeby u mnie też tak było.
– Nic nie mów. Mogę u ciebie zostać?
Tom wzruszył ramionami.
– A czy Emma Watson to niezła laska?
Jackson spojrzał na kolegę z politowaniem.
– No co? Oglądałem ostatnio „Insygnia Śmierci”.
– Dobra, nie wnikam…

Sen mnie zmorzył

Jedna z najtrudniejszych sesji w mojej karierze akademickiej. Nauki od pyty*. Ale już wszystko zaliczone i mimo że pracuję, głównie popołudniami, to próbuję jakoś zajmować się książką i coś pisać. Ostatnio wzięłam się za pierwszy rozdział po prologu, czyli były drugi. Jak na razie piszę wszystko od początku. Czasem zadaję sobie pytanie, po co w ogóle to pisałam te dwa lata temu, skoro teraz wszystko zmieniam. Ale bardzo dobrze znam odpowiedź, przez co pytanie jest przynajmniej śmieszne. Każdy się zmienia i nastawienie do tekstu też się zmienia. Zresztą chyba i tak już kiedyś o tym pisałam.

image

 

 

* Przepraszam za to słowo, ale inaczej nie da się tego określić.

Kolejny pierwszy rozdział

I zbowu męczyłam ten biedny, nieszczęsny pierwszy rozdział. Nie wiem, dlaczego aż tak trudno mi przychodzi napisanie go w odpowiednim stylu i formie. Mam na razie cztery strony, niezmiennie od jakiegoś tygodnia i z pewnych powodów nie mogę ruszyć dalej.

image

To jest pierwsza strona. Myślę, że jest dużo lepsza od tej, co była ostatnio. Naprawdę staram się, żeby wszystko było spójne i zaciekawiało od pierwszego zdania. Na pewno nie każdego wciągnie od razu, ale gdyby chociaż troszeczkę, choć odrobinkę. Będę szczęśliwa, gdy ktokolwiek cokolwiek będzie o tym mówił, nawet myślał. Może kiedyś kogoś zobaczę w autobusie i się uśmiechnę. Mam takie marzenie. Może naiwne. Może infantylne. Ale ile marzeń takich nie jest? Po to są marzenia.